Co nowego arrow Artykuły arrow (1959) Współczesność nr 5: "Ciało" - Stanisław Grochowiak

Migawki

(1959) Współczesność nr 5: "Ciało" - Stanisław Grochowiak

(1959) Współczesność nr 5: "Ciało" - Stanisław Grochowiak

Poeta nie powinien pisać o poecie – wiem o tym doskonale. Dlatego tez nie traktujcie tych rozmyślań jako recenzji z ciekawego tomiku Haliny Poświatowskiej. Nie o to chodzi. Nie o ocenę, ani o analityczny sąd. Zostawiam obie rzeczy krytykom poezji, którzy a propos nigdy poza nie nie wychodzą, prawdziwej treści poety nie odczytując lub lekceważąc ją zgoła.

Zostawiam więc krytykom kwestię polityki, wpływów i usterek w twórczości autorki Hymnu Bałwochwalczego, sam zapuszczając się w owe regiony, które przynajmniej dla mnie – przy odczytywaniu poety – są najistotniejsze: w regiony osobnej filozofii, jaka zawsze stoi poza strukturą autentycznego poetyckiego świata.

I znowu: wyprawiam się tam nie na zasadzie pełnego pychy odkrywcy z profesji, ale dla przeżycia intelektualnej przygody, dla uroku jeszcze jednej poetyckiej awantury.

Poetycki świat uroczej poetki z Krakowa – wychodząc poza prosty schemat cenzurek – ma dla mnie posmak nadzwyczajny. Straciłem już nadzieję na podobny fenomen w polskiej kobiecej poezji. Na fenomen autentycznego erotyzmu.

Wszystkie polskie pisarki erotyków (tu bluźnierstwo, bo nie wyłączam z tej plejady nawet Jasnorzewskiej) nosiły na sobie mundurki z pensji imienia Emilii Plater. Ich erotyzm był przeznaczony albo rakiem wstydu albo zwyrodnieniem formy. Albo rozmieniony na różne tęcze, słowiki i zachody słońca (Konopnicka), albo ograniczony do ram kokieterii, flirtu, zabawy towarzyskiej (Jasnorzewska). W jednym i drugim wypadku był to erotyzm dalekich sublimacji – wstyd potrzebował ich dla zakłamywania, forma zaś dla zwiększenia podniety. W jednym i w drugim wypadku był to erotyzm, dla którego fascynacja ciałem stanowiła daleki, a pikantny domyślnik.

Poświatowska – pierwsza u nas chyba – wyzbyta jest zupełnie z elementów wstydu, wstydząc się co najwyżej kokieterii. Cała jej poezja to czujne, aż bolesne w swej intensywności skupienie uwagi na fenomenie własnego ciała. Prawie każdy kolejny wiersz wyraża inny aspekt tej analizy – od zachwytu (w Lustrze) po pełną goryczy dezaprobatę (w Manekinach) i trzeba zaraz dodać, że tak zachwyt jak i dezaprobata uzależnione są od rozstrzygnięcia kwestii użyteczności własnego ciała: w Lustrze odbija się ciało piękne, podziwem zachłannych oczu kochanka, w Manekinach znajduje podobieństwo dla siebie ciało bezużyteczne, wystawione jedynie na pokaz beznamiętnym obserwatorom.

Poezja jest – chociaż to nas poetów usytuowuje w ciągłym stanie zagrożenia – forma ekshibicjonizmu. Zakłada szczerość absolutna, przekraczająca wszelkie konwenanse. Idioci, którzy takich prawd nigdy nie pojmą, naśmiewali się na przykład z mojego Zakwitania, będą podśmiewać się obleśnie z ekshibicjonizmu Poświatowskiej. Jej szczerość w samouwielbieniu (Łasica – jestem nią błyskam biało w zachwycie nad sobą), podobnie jak szczerość samowiedzy („brzuch jest wyspą brunatną stromą”), jak wreszcie szczerość w określeniu swej klęski („pod suknią pod szeleszczącą suknią jest wspaniałym elastycznym manekinem”) – wszystko to – oddaje Poświatowska na pastwę szyderców i na pastwę filozofii.

Zarzucają mi ostatnio, że nadużywam słowa: filozofia. Już widzę owe ironiczne grymasy, z jakimi witają poprzednie zdania tego felietonu moi surowi adwersarze. Cóż bowiem z prawdziwej filozofii może być w takich sobie wierszykach o kochaniu?

A przecież poezja Poświatowskiej jest głęboko filozoficzna. Wzorem tej poezji nie jest bowiem Morsztyn, a właśnie Sęp-Szarzyński. Ba, atmosfera Hymnu Bałwochwalczego przywołuje jeszcze dalsze wspomnienia: surowe, gotyckie moralitety o miłości i śmierci.

świat jest taki mały świat ma
tylko dwa piętra na wyższym
jesteś ty oddychasz ciężko
obok stoi wieczność ciemna

mozolnie po schodach
idę w długiej koszuli
ocieram usta
ciepłą wilgotną ręką
zakrywam usta
za mną
idzie wieczność
obydwie
stajemy pod twoimi drzwiami

Kto jest adresatem tej dusznej inwokacji? Kto jest właściwym adresatem przedostatniej inwokacji śmiertelnie chorej dziewczyny? Kochanek? Śmierć? Bóg?

W wymiarach erotyzmu Poświatowksiej wszystkie trzy odpowiedzi wydaja się prawdziwe, jest to bowiem erotyzm nierozdzielnie powiązany z eschatologią, jest to eschatologia na wskroś przesiąknięta erotyzmem.

I tutaj czas na sformułowanie pewnego paradoksu: mimo, że na czas naszej egzystencji jesteśmy zamknięci z klatce własnego ciała, bardzo rzadko pamiętamy o jego odrębnym zagadkowym istnieniu. Nawet dłonie zakrywszy rękawiczkami, wchodzimy codziennie w teatralny świat konwencji i papierowej scenografii. Zauroczeni prawidłami gry, zapominamy, że to aktorstwo jest jedynie formą treści, jaką stanowi nasz nieustanny dialog z procesem przemijania ciała. Nasz dialog najistotniejszy.

 

I oto – aby w pełni zdać sobie z niego sprawę – potrzebujemy stanu zagrożenia. W jednym wypadku będzie to sartre’owski „mur”, w innym  - cuchnące jałowością szpitalne łoże. W jednym i w drugim wypadku osobne prawa ciała stają się prawami nadrzędnymi. To śmierć – właśnie śmierć – stwarza naszą materialność, to właśnie daleka perspektywa śmierci rodzi nasze ciała. Dlatego o miłości najwięcej wiedzą śmiertelnie chorzy.

Śmierć – intensyfikując poczucie cielesności – intensyfikuje erotyzm, podobnie zresztą jak intensywny erotyzm nigdy nie występuje bez elementu zafascynowania śmiercią (Leśmian). Nie byli tacy głupi Dürer i Holbein, kiedy rytowali swe ukochane w nieodłącznym towarzystwie przekornej kostuchy.

Niebezpieczna choroba, która – dzięki Bogu – skończyła się dla Poświatowskiej szczęśliwie, może była tym nieodzownym przypadkiem, by w poetyckiej galerii naszych sentymentalistek, kokietek i kociaków zabrała głos pełna samowiedzy kobieta.

Jest w Procesie taki passus, kiedy Leni wyznaje, że kocha wszystkich „oskarżonych” bo wszyscy „oskarżeni” są piękni. Nota bene wydaje mi się, że właśnie w tym passusie tkwi klucz do swoistego erotyzmu Kafki – i że tłumaczy ów erotyzm jak najbardziej współcześnie. Najwdzięczniejszymi kochankami są ci, którzy przeżyli moment „aresztowania”, a więc ci którzy przeżyli gorzki smak zwątpienia w swoją trwałość i niezniszczalność. To oni najbardziej potrzebują ciągłego sprawdzania, że jeszcze są, że jeszcze znajdują się w samym środku orbity życia. A cóż – poza miłością – daje intensywniejsze poczucie realności własnego istnienia?

Dlaczego napisałem, że jest to klucz najbardziej współczesny?

Wydaje mi się, że powszechna dzisiaj fascynacja erotyzmem – poza tysiącznymi uwarunkowaniami socjologicznymi – ma pewien aspekt psychologiczny. Jest nim właśnie duże ogólniejsze, niż kiedykolwiek w przeszłości, poczucie zagrożenia. Z jednej strony wielka niestabilność światowej sytuacji politycznej, z drugiej zaś doskonałość techniczna nowoczesnych środków zabijania sprawiają, iż nie tylko neurasteniczne jednostki w rodzaju Józefa K., ale że całe rzesze ludzi przeżyły lub przeżywają tragiczny moment „aresztowania”. Rodzina Kafkowskich „oskarżonych” powiększyła się znakomicie.

Pojawiając się właśnie w takim momencie, tomik Haliny Poświatowskiej traci wagę subiektywnego pamiętnika lirycznego poetki, która wymknęła się śmierci, a obrasta w znaczenie ogólniejsze: staje się głosem pokolenia. To nie Poświatowska, to wszyscy ci chłopcy z „Harend” i piwnic, z hoteli robotniczych i Sopotów, mówię na swoje jedyne usprawiedliwienie, że:

umarłe włosy nie tańczą
nie sprzeczają się z wiatrem
nie opadają na zmarznięte uszy
nie wabią palców ani ptaków

rozsypane na chłodnej poduszce
nie płoszą snu szelestem
w srebrnym deszczu nie mokną
nie drżą

na białym łóżku
leżą wystygłe głuche

i jeśli kwiat- to obco
jeśli uśmiech- obojętnie
słońce z nieba odeszło na palcach
to już noc

 
następny artykuł »
© 2017 http://www.koniczynka.art.pl/
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.
 
Professionelle Joomla Templates - kostenlos