Co nowego arrow Artykuły arrow (2000) Rzeczpospolita nr 158: "Faktura taniego płótna" - Paweł Potoroczyn

Migawki

(2000) Rzeczpospolita nr 158: "Faktura taniego płótna" - Paweł Potoroczyn

Szanowna Pani,

 

Mój przyjaciel kompozytor twierdzi, że to nie on pisze tę muzykę, „To mną pisze”, powiada. A mnie śnią się filmy. Zasypiam, śnię fil, całkowicie realistyczny, zborny, z logiczną narracją, pięknymi zdjęciami, z aktorami, których znam. Budzę się wraz z napisami końcowymi. Kiedyś przyśniła mi się nawet Polska Kronika Filmowa. Mniej więcej pięć lat temu napisałem dla telewizji rocznicowy scenariusz filmu o Halinie Poświatowskiej. Telewizja ostatecznie wolała zrobić kolejny program z cyklu „gadające głowy” – głowy recytowały wiersze na tle parku Łazienkowskiego, muzyka grała cały czas, twórcy śmiali się całą drogę do kasy. Widzowie zmienili kanał.

                Dziś już nie potrafię rozstrzygnąć, ile w tamtym scenariuszu było faktów autentycznych, a ile sennej imaginacji. Dla filmu o Poświatowskiej to bez znaczenia. Prawdopodobnie dla niej samej też. Zdziwi się Pani, ale ja w ogóle nie uważam jej za wybitną poetkę. Wyobrażam sobie, że uczciwy pisarz nienawidzi pisania, ale nie pisać nie może. Przekonują mnie o tym dzienniki, listy i losy tych kilu autorów, na których polegam. Grafoman to ktoś, komu pisanie przychodzi bez trudu. Poświatowska, powiadam Pani, była tylko średnio zdolną grafomanką, o której już nauczycielka polskiego w częstochowskim gimnazjum mawiała, że „ma łatwość pisania”. Wszelkie późniejsze wysiłki uczonych i krytyki literackiej tylko oddalają nas od rozwiązania zagadki, w jaki sposób została dla swojego pokolenia poetką, nieposkromioną ikoną. W istocie najuczciwszą poezją Poświatowskiej jest ona sama.

                W życiu każdego przeciętnego studenta (któż inny jeszcze czytuje wiersze) można z grubsza wyróżnić dwa okresy: heroiczny i hedoniczny. Do tego pierwszego apelują wszyscy poeci spod znaku napiętej struny (jak ich nazywał Woroszylski), cały francusko-rosyjski nurt urodzonych wisielców. Niewiele łączy Puszkina i Rimbauda, Lautreamonta i Jesienina, Wysockiego i Brela, niewiele; tylko niekwestionowany talent i średnia wieku, proszę Pani. Tak naprawdę to średni przebieg, a nie wynik na ostatnim okrążeniu jest zawsze motywem mów pogrzebowych. To studenci zaludniają pogrzeby swoich poetów, to studenci, wierzą, że niegodziwie jest umrzeć młodo, umrzeć przedwcześnie. To oni kładą podwaliny pod kult, fundują legendę. Dopiero w okresie hedonicznym dociera do nich, że śmierć jest najsumienniej podzieloną rzeczą na świecie, ale w tym czasie dzieci już podrosły a tomiki wierszy obrastają mchem. W tym sensie tyle było poezji w życiu Poświatowskiej, ile śmierci. Brak talentu zastąpiła bezustannym podciąganiem struny. Nie wiem, czy z rozmysłem – dla legendy, dla filmu to bez znaczenia. Podówczas nieuleczalna, wyszukana choroba serca przykuła Poświatowską do łóżka. Metafora zaczyna się tu: serce, łóżko. W życiu nośność metafory bywa zasadzką, a dla filmu jest zaułkiem. Film to opowieść szeroka i prosta jak bulwar wysadzany namiętnościami i grzechem. Dla tej opowieści ważny jest fenomen z pogranicza medycyny i vodoo. To jedyny znany mi przypadek, gdy miłość w najzupełniej dosłownym sensie zagraża życiu, a pisanie wierszy, choćby słabych, znów całkowicie dosłownie – trzyma przy życiu. Ona sama chyba dość dobrze zdawała sobie z tego sprawę (Goniłam własną rozpacz po kartkach i było mi lepiej. Jakie to śmieszne, że teraz będę się nad tym pastwić, jak nad całkiem rzetelną poezją. A to przecież tylko wierszyki […]. Do dupy są te wiersze, wiesz o tym tak samo, jak ja. Na ogół wszyscy twierdzą, że najładniejsze usta mam, a potem dopiero nogi. Pisanie nie jest na pewno moją najmocniejszą stroną). Widzę szpitalne łóżko, kroplówkę, poplamioną atramentem pościel, umierająca dziewczyna pisze wiersz na odwrocie taniej reprodukcji Modiglianiego – akt kobiety o pustych, błękitnych oczodołach. Ale jest też i świadectwo: zgodę na ślub Poświatowskiej wydaje konsylium lekarskie. Przy podłużnym stole siedzi czterech, może pięciu lekarzy, starych mężczyzn w kitlach. Siwe włosy, zacne, mądre twarze, zatroskanie. Jeden z nich, powiedzmy ordynator, siedzący u szczytu stołu ogląda pod światło zdjęcie rentgenowskie. Inny równie poważnym wzrokiem przegląda maszynopisy wierszy. Jeszcze inny podaje przez stół koledze naprzeciwko jakąś kartkę – reprodukcję Modiglianiego, akt kobiety, puste błękitne oczodoły. Ordynator wzrokiem wywołuje każdego po kolei. Lekarze podnoszą rękę do góry z rezygnacją, głosując wbrew sobie. Wyobrażam sobie, że właśnie tak mogło to wyglądać. Jeśli tak, to po co nam pisarze, scenarzyści. Nie sądzi Pani, że wystarczą kardiolodzy? Przychodzi mi do głowy, że napisy początkowe  powinny być wystylizowane na zapis EKG. Za mąż wychodzi za poetę równie jak ona nieudanego, ale za to równie tragicznego. Jej mąż stoi nad grobem (gruźlica, jaka to sentymentalna choroba, jakaż melodramatyczna). W rzeczy samej wkrótce umiera. Poświatowska byłą piękna. (Chcę być piękna, a tymczasem kot jest piękny, chociaż wcale się o to nie stara. Ma zielone oczy i wąsy. Ja nie mam takich wąsów, a oczy mam takie same, tylko brzydsze). Na starych fotografiach, zawsze w letniej sukience, bezczelne wyzwanie rzucone problemom w imieniu tajemnicy. Jedno zdjęcie, to ze źdźbłem trawy w ustach jest warte więcej niż najlepszy wiersz. Jakby na przekór temu, że każde wzruszenie i nieostrożnie dawkowany seks mogły ją po prostu zabić, ta kobieta wciąż wdawała się w coraz dziwniejsze i coraz groźniejsze związki; zastępy bezimiennych krakowskich poetów (tam każdy jest poetą), profesor filozofii (guru fenomenologii – czy wyobraża Pani sobie kogoś takiego, obcującego z dziewczyną pomiędzy jednym dowodem na istnienie świata a drugim?), jakiś kontrabasista, biseksualny reżyser i aktor alkoholik. Z pewnością nosiła w sobie jakieś magnetyczne przekleństwo, które ściągało na nią ludzi pogiętych. Pierwiastek nieszczęścia, zarodek grozy jeszcze i dziś widoczny na każdym zdjęciu mylnie brany za odwagę – tak właśnie mylą się ludzie słabi. Co wprowadziło ich w błąd? Cynizm? Wiersze? Poczucie humoru (Nie zapominaj, że zamówiłam sobie u ciebie epitafium)? Przejrzeli się w tej kobiecie, porównali i z ulgą uciekli do swoich czyśćców. Jak zwykle. Powie Pani, że już to wystarczy na film. A przecież to początek, lont jest jeszcze długi i tli się powoli. Oto nadciąga ocalenie. Poświatowska dostaje dodatkową szansę. Kilku przyzwoitym ludziom udaje się zebrać dość energii i pieniędzy na operację w Stanach. Poświatowska, przyzwyczajona do bezustannego umierania postanawia zaryzykować. Nie – życie, lecz zaryzykować śmierć, swój prawdziwy talent. Podczas tygodniowego rejsu „Batorym” do Nowego Jorku (kajuta 239) spotyka Jerzego Pawłowskiego, szablistę wszech czasów, oficera i uwodziciela wkrótce po powrocie ze Stanów sądzonego i skazanego za szpiegostwo. Pawłowski mówi niechętnie o spotkaniu z Poświatowską, ale ta rezerwa ma w tle raczej melancholię, niż poczucie pościelowej klęski czy dyskrecję żonatego mężczyzny – dwa najczęstsze powody taktownego milczenia. Na pytanie o to, co z tego burzliwego (Północny Atlantyk w styczniu) romansu utkwiło mu najmocniej w pamięci, mistrz Pawłowski odpowiedział: „Schody, męczyły ją schody”. Zapyta Pani: „Skąd miałabym wziąć ‘Batorego’, nie jestem James Cameron”. Rozumiem. Więc może tak: w pierwszym ujęciu Poświatowska robi z gazety papierowy okręcik. W drugim pokazujemy otwartą staroświecką walizkę, trochę z dołu, tak by nie było widać zawartości. W trzecim pokazujemy papierowy stateczek wewnątrz walizki pełnej wody. Buczy syrena, krzyczą mewy, kino. Kosińskiego, jak sądzę, poznała Pani osobiście, wiec może nie ma sensu komentowanie ich związku. Liczy się tylko jedna scena. Poświatowska, z braku pieniędzy musi opuścić szpital w trakcie pooperacyjnego przesilenia. Odbiera ją Kosiński. Jeszcze w taksówce zmusza ją do seksu. To już nie gwałt, to usiłowanie zabójstwa. Bezdomna Poświatowska musiała się bać, zrobiła mu (She did me - napisał) na tylnym siedzeniu. Podług lekarzy, operacja się powiodła. Pacjentce hojnie dorzucono kilka lat. Podług Poświatowskiej, operacja się udała, bo egzekucja nie została odwołana, a jedynie odroczona – proszę pamiętać o napiętej strunie. Przy okazji wypróbowano na niej zaiste tanią metodę tłumienia szoku fizjologicznego po skomplikowanej operacji – dwie doby w specjalnym katafalku, obłożona warstwą lodu, spod które wystawała jej tylko twarz. W tej scenerii podobno  zobaczył ją Andy Warhol. Odwiedził ją w szpitalu, z kilkoma dworzanami i butelką Jack Daniel’s w ręku. Unieruchomiona Poświatowska obserwuje, jak Warhol rozgląda się po separatce, znajduje plastikowy kubek, nalewa whisky i wrzuca doń kawałek lodu. „O kurwa” mówi,  „tyle lodu, przynieście więcej whisky!”.

                Studiowała w Krakowie filozofię, próbowała kontynuować studia w Stanach. Bez powodzenia, jeśli nie liczyć przelotnego związku z Herbertem Marcuse, podówczas gościnnie wykładającym w Princeton. Po roku wraca do Kraku, po dwóch latach umiera. Prawdziwa sztuka, powiadają, traktuje tylko o dwóch rzeczach: o miłości i o śmierci. Wydawałoby się, ze mamy już dość jednego i drugiego na zupełnie przyzwoity film. A przecież to nie koniec opowieści. Poświatowska z każdej eskapady ze wszystkich tych chorych związków, po każdym romansie i po każdej skrobance zawsze wracała do jednego mężczyzny: pewnego niewidomego wrocławskiego poety, jedynego człowieka, który nie wiedział, że jest piękna. Poobijana i wycieńczona, z porwanymi żaglami wczołgiwała się na jego piąte piętro tylko po to, żeby przeczytać mu listy, które do niego wysłała. Prawdopodobnie kochała tylko jego. Muszę w to wierzyć, jeśli chcę ocalić film. Nie wiadomo, za co on ją kochał, wiadomo, że na pewno nie miał wielkiej wiary w jej wiersze. W swoich ciemnościach widział w niej coś, co ja chciałbym zobaczyć w tym filmie. Może to coś żyje tylko w ciemnościach i tylko ślepi to widzą. Ten człowiek powiedział kiedyś o niej, że „była daleka, jak zatopiona katedra”, a nie wiedząc zgoła nic o przestrzeniach ani o architekturze. W ich związku najbardziej pociągające jest to, czego się nigdy nie dowiemy. Nie wiemy nawet, komu posłać wieniec. Myślę, że w zamian za cierpliwość należy się Pani kilka słów wyjaśnienia. Otóż myślę o filmie gęstym aż do zboczenie, dzikim, ekstatycznym i przygnębiającym. Jak się już Pani domyśla w zasadzie interesuje mnie film religijny, przedłużenie tęsknoty i desperackich poszukiwań jego bohaterki. Potrafię wskazać kilka tropów: wolność bez granic i dowolność bez przesady, idealne proporcje pierwiastków: Magicznego i do bólu Fizjologicznego (medycyna!); skłonność do samozagłady właściwa artystom i instynkt samozachowawczy w jego kobieco/seksualnej wersji; erotyczna gotowość, fizyczna niemoc i emocjonalne kalectwo; rozwiązła niewinność, zmysłowe gesty i proste sowa; śmiertelnie poważne poczucie humoru, gdzie śmierć nie usprawiedliwia powagi, powaga nie jest zaprzeczeniem humoru, a humor nie ubliża śmierci. Żadnych wierszy nikczemnie recytowanych z off-u, czysta opowieść. Dużo deszczu. Pewna niechlujność, nonszalancja, niestabilna klatka, prymitywny montaż. „Independent” w estetycznym, a nie finansowym sensie tego terminu. Faktura taniego płótna – zrobiony na szesnastce, potem przepisany na wideo i jeszcze raz przepisany na szesnastkę. Czy zwróciła Pani uwagę, jak fotogeniczne są lata sześćdziesiąte: te wszystkie adaptery, sukienki, brylantyna, tamta muzyka, tamte kobiety? Matka nigdy nie mówiła o niej inaczej niż „Helenka”. Naprawdę nazywała się Helena Myga. Raczej słabo.

                Pozdrawiam Panią serdecznie.

                Z poważaniem, Paweł Potoroczyn

(cytaty oznaczone kursywą są autentyczne i pochodzą z listów Haliny Poświatowskiej i Eugeniusza Morawca)

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
© 2017 http://www.koniczynka.art.pl/
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.
 
Professionelle Joomla Templates - kostenlos