Co nowego arrow Proza arrow Znajomy z Kotoru

Migawki

Znajomy z Kotoru
T niezwyk histori opowiedzia na mój przyjaciel paryski w jeden z pochmurnych listopadowych wieczorów. Bieglimy wanie bulwarem Saint Michel, od Sekwany wia zimny wiatr, wiatr coraz silniejszy, kiedy moj uwag przycign kaniajcy si nam czowiek. Dokadniej: kaniajcy si przyjacielowi; mimo szczerych chci nie mogem przypomnie sobie, aby mi bya znajoma ta sylwetka - wysoka, zgarbiona, jak gdyby pod fizycznym ciarem, ten ubiór zaniedbany i niestosowny na t, bodaj najzimniejsz w Paryu, por roku. Czowiek, który zwróci moj uwag, nie tylko nie mia na sobie paszcza, ale najwyraniej nie posiada take koszuli. - Pytasz, skd znam tego czowieka? Wstpmy na róg napi si czerwonego wina i jeli chcesz, to opowiem ci t histori. W sam raz dobra na taki psi czas. Deszcz wisi w powietrzu i za chwil bdziemy mieli adn ulew. Wiatr coraz silniejszy. Pospieszmy si, zanim przewidujcy nie zajm wszystkich miejsc. - Poznaem go... ale to potrwa chwil, wolabym, aby zdj paszcz, usiad wygodnie...

      Sierpie, to by sierpie, gorcy, dalmatyski... Popatrz w okno, widzisz, jak siecze zakosami... A teraz pomyl o wielkim tacu dalmatyskim, które jest zaprzeczeniem wszystkich paryskich listopadów. O wszechobecnym, yciodajnym, mniejsza o komplet jego funkcji, mnie potrzebne s tylko dwie, ciepo i wiato. Wyobra sobie plac w socu, ciemnawe wntrze restauracji z jasnym prostoktem otwartych drzwi. Stanli wanie w progu odcinajc dostp wiatu. Spojrzaem na nich... Najpierw popatrzyem na dziewczyn, powiesz, to zrozumiae, niedugo wszake, tylko tyle, ile byo potrzeba, aby zauway, jak bya szczupa i jak mocno jej wska sylwetka gia si w kierunku tej drugiej - mskiej. Spojrzaem na niego, przypatrywaem mu si chciwie, dokadnie, musiaem mu si przyjrze On, widzisz, nie by ani mody, ani szczupy, by duy, masywny, ona przy nim wygldaa jak dziecko. Siwe wosy, dobrze ju przerzedzone, kdzierzawiy mu si na skroniach, twarz mia du, pen, o szeroko rozstawionych kociach policzkowych, o nosie z lekka spaszczonym i jasnych brwiach. Zmruonymi oczyma nienawykymi do mroku przeszukiwa sal... Musz ci wyzna, e zainteresowaa mnie ta twarz. Nie, nie wynika to z perwersji moich zainteresowa, ja take wol oglda kobiety, on jednak wzbudzi moj ciekawo poprzez - nazwabym to - kontrast. Nie powiedziaem ci jeszcze, e ta przy nim maa - bya adna. Bya adna i moda. Stojc tak w progu oparta o jego rami sprawiaa wraenie dziecka. Dopiero potem, po dokadniejszej obserwacji, doszedem do wniosku, e moga mie dwadziecia siedem, osiem lat... Wygldaa modziej przy nim.
      Nagle ruszyli naprzód i omijajc rzdy zajtych stolików zbliyli si do mnie. Pochyli si nade mn i wtedy zauwayem, jak przedziwnie niebieskie byy jego oczy. Patrzy z agodnoci i dobroci, ale w jego spojrzeniu byo co znacznie wicej, naiwna ufno, ufno, której nie sposób byo si sprzeniewierzy. Umiechn si do mnie, i wbrew sobie, pod wpywem zapewne jego przezroczystego spojrzenia - pohamowaem wzruszenie ramion - przyjaznym gestem zaprosiem ich do mego stolika. Skd u diaba odgad, e jestem Francuzem - nie wiem. Faktem jest, e przemówi do mnie po francusku. Jego francuszczyzna roia si od bdów i bya pena nieznonego dla moich uszu patosu, akcentowa przy tym silnie ostatnie sylaby - za bieg wystarczajcy, aby znieksztaci kady cywilizowany jzyk. Usiedli, on usiowa podtrzyma jej krzeso, zanim jednak dotkn porczy, ona usiada ju i podnoszc ku niemu gow szepna co, co brzmiao jak: - dzikuj - czy - nie trzeba. - Mówili jakim jzykiem sowiaskim, ale to nie by serbski, do którego przywykem, z którym ju podczas dwutygodniowego pobytu w Dalmacji oswoiem si, który - ba - zaczem nawet rozumie. No, przesadzam nieco, rozumie to zbyt wiele, odgadywaem jednak znaczenie takich sów, jak: dzikuj, przepraszam, prosz, czarne wino, nie trzeba, tylko... Tego ostatniego wyrazu wyuczyem si pracowicie, kiedy wodarze pomniejszych jadodajni usiowali wmówi we mnie wszystko, co posiadali, jako dodatek do zamówionej przeze mnie potrawy. Nauczyem si da: tylko wino, tylko befsztyk, tylko parówki, tylko, tylko, tylko, a gdy proponowano mi dalmatyskie specjay, mówiem zdecydowanie dzikuj i nie trzeba. Przysuchiwaem si wic z uwag dwikom, które nie byy dla mnie obce, w których jednake nie potrafiem rozpozna ani jednego ze znanych mi sów, zastanawiaem si nad ich etymologi, zanim jednak zdyem zebra myli, on zwróci si do mnie z tym swoim ufnym umiechem - powiedzia: - Jestemy Polakami... Ona spojrzaa szybko, sposzona. Przemkna oczyma po mojej twarzy i mógbym przysic, e nie zauwaya mnie nawet. Gdyby j kto zapyta, jak wygldam - nie mogaby odpowiedzie. Jestem pewien, e nie dostrzega tego, e byem niewiele starszy od niej, modszy moe... Z bliska jej twarz nosia lady lekkiego zmczenia, które postarzao j w sposób nieuchwytny; bkitne cienie pod duymi oczyma, dwie mae kreski obok kcików ust - jej wargi poruszay si lekko, mówia. On umiechn si do niej, wsta, z ssiedniego stolika przyniós jadospis, pooy go przed ni. Czytaa gono, szybko, zachannie. Zadawaa mu pytania i daa tumaczenia. Musia zna barbarzyski jzyk Serbów, bo tumaczy biegle i po chwili z tym samym rozbrajajcym umiechem zwróci si do kelnerki. Jego sowa miay si zniewalajc, bo senna i jak zdyem zauway, mrukliwa raczej dziewczyna odpowiedziaa mu promiennym umiechem i pobiega do kuchni. Na ceratowym blacie stou, poplamionym papryk i oliw, leay jej drobne rce o równo przycitych róowych paznokciach Patrzy na nie jak urzeczony, a potem dotkn lekko tej, która leaa bliej niego. I wtedy zauwayem, jak pod wpywem tego lkliwego dotknicia rka oya, otwara si, eby wszystkimi picioma palcami przywrze mocno i cile do jego duej czworoktnej doni.

      Jada, nie, nie wiem co jada, gryza miso drobnymi zbami i od czasu do czasu sigaa widelcem do jego talerza. Spogldaa na niego szeroko otwartymi oczyma, które mruyy si od miechu, ilekro on pochwyci jej spojrzenie. Jego dua twarz rozjaniaa si jakby od wewntrz, odkada na bok widelec, podpiera brod rkoma i wpatrywa si w ni. Przy którym z kolei manewrze niespodziewanie szybkim, kiedy to pochwycia kocem widelca dbo kartofla lece na skraju jego talerza, uj talerz i przesun w jej kierunku. Rozemiaa si gono i odsuna talerz na dawne miejsce, odoya widelec, grzbietem doni wytara usta i plecami opara si o porcz krzesa. Jeszcze miaa si przekornie nasuchujc jego perswazji, zapewne bya to perswazja, a potem oda usta i pokrcia przeczco gow. W tym gecie na pó dziecinnym na pó ptasim bya rozkosznie moda, moda i adna. Mczyzna zapomnia kompletnie o obiedzie i przylgn ustami do jej doni. Szepn jej co, co brzmiao jak pytanie, skina gow na znak zgody i wtedy zwróci si do mnie. Swoj wytwornie niepoprawn francuszczyzn zapyta, usiowa zapyta, czy zechc im dotrzyma towarzystwa w zjedzeniu ciastka. Tak, tak wanie powiedzia. - Czy potowarzyszy nam pan w zjedzeniu ciastka? - Napomkn co jeszcze o mojej niezwykej uprzejmoci i o przyjemnoci, jak im sprawi... Pohamowaem umiech i z ca powag skoniwszy si w stron dziewczyny powiedziaem... Jeli pani pozwoli? Spojrzaa na mnie, nie jestem pewien, czy mnie dostrzega, ale cie rumieca przemkn przez jej twarz i z widocznym wysikiem wyjkaa po francusku. - Tak, nie, oczywicie... pan pójdzie z nami, nieprawda? Oczywicie, mademoiselle, ujem jej rk i podniosem do ust. Sposzona wyrwaa mi rk i odwrócia si do niego. Poszukaa spojrzeniem jego oczu i przez moment cignita twarz zagodniaa w umiechu. Patrzy na ni z czuoci i trosk - taka bya krucha i drobna przy nim. Przez chwil usiowaem wyobrazi sobie j w rzeczywistoci. Jakie s jej proporcje bez tego przytaczajcego ta, ale szybko daem spokój. Wyrasta ponad ni, obok niej, przy niej, jego rce szukajce jej rk, nie mogem sobie wyobrazi jej oddzielnie od niego.

      Udawaem, e lubi bakaw, udawalimy, ona i ja. Nareszcie bylimy w czym razem, konspirowalimy, ja mniej, ona bardziej nieudolnie. Drobia ciastko na zupenie mae okruchy, po czym zbieraa je kocem widelca i kada do ust. By moe ta zabawa zabijaa gsty smak kukurydzianego syropu. On pochania ju trzecie ciastko... - Jeszcze, pan pozwoli jeszcze? - Z przyjemnoci - odparem wbrew sobie i mój talerz zapeni si now porcj ociekajcego syropem ciasta. Ona odmówia ruchem gowy, wskazujc jeszcze cigle zajty talerz. Jej metoda okazaa si lepsza, skuteczniejsza, drobione ciastko wystarczao na duej i bronio przed inwazj nastpnych. Czwarte ciastko - dosy. - Bakawa - to wspaniaa rzecz - bkit wniebowzicia w jego oczach przeszed w mikki odcie granatowoszary, a moe to wiato pociemniao w maym, wcinitym w ciasn uliczk sklepie. Bylimy przecie w Kotorze, w miecie otoczonym starymi murami, o uliczkach nie szerszych ni dwa mskie rozpostarte ramiona.

      Zadaa wina; rzucia widelec na nie dojedzone ciastko, zerwaa si z krzesa i powiedziaa: Idziemy pi wino! Czy zechce pan wypi szklank wina w naszym towarzystwie? - zapyta. Podniosem si, aby pój za nimi. Nawet na myl mi nie przyszo, e mógbym zosta teraz. Ten siwowosy mczyzna, jego szeroki umiech, jej miech sposzony, lekki, jej kapryne, zwinne ruchy. Co dalej, co bdzie dalej, musz wiedzie wicej, zanim odejd, zanim pozwol mi odej. Szedem za nimi. Ona biega przodem i zagldaa do kadego baru. Tu nie, i tu nie, z trzeciego baru, do którego wesza, pyna muzyka i odgosy przecigego piewu. Weszlimy tam - siedziaa naprzeciw modego chopca, który obejmujc szklank czerwonego wina - tak, takiego jak to, które w tej chwili stoi przed nami - piewa. Usiedlimy obok. Zwrócia si z umiechem do swego towarzysza, ruchem podbródka wskazaa piewajcego, poprosia o wino. Mczyzna zawaha si, popatrzy na ni z trosk, po czym wsta i pewnym krokiem podszed do bufetu. Oparty o kontuar, profilem zwrócony w nasz stron, pertraktowa z maym ciemnookim barmanem o wydatnym nosie. Chopiec piewa. Mczyzna powróci i wzrokiem penym kontemplacji przywar do jego twarzy. Wtedy odgadem. Ona suchaa dla niego. Nie tego, który piewa, ale dla niego suchajcego razem z ni. Czarnooki barman o ptasim nosie ustawi przed nami trzy mikroskopijne kieliszki. Skina gow, uniosa kieliszek w gór - i kiedy on, powtarzajc jej gest, przybliy swój kieliszek do jej kieliszka, potrcone szko wydao lekki brzk - dopiero wtedy umoczya w winie adnie zarysowane usta.
      Nie wypia wina. Poczekaa, a on wypije swoje, i zamienia kieliszki. Chopiec piewa coraz rozlewniej i mczyzna sucha w skupieniu. W gardowym gosie przewijay si wschodnie motywy, wyrazy zaamyway si w nostalgicznym zawodzeniu. Skoczy, odstawi pust szklank, zasalutowa w naszym kierunku, wyszed. Wysczyem powoli ostatni kropl cikiego sodkiego wina. Koniec, koniec. Wstaa lekko i posza ku drzwiom. On wyszed za ni. Za nimi ja.
      Taczya przed studni - chwytaa wod w stulone donie, podbiegaa do niego. Pochyla gow i dugo, powoli pi z jej rk. Wspita na palce podnosia rce wysoko, a woda przelewaa si poza obrb zwinitych doni. Rozpryskiwaa j otwierajc rce i znowu biega do studni. Mokrymi palcami zwilya mu czoo i policzki. Krople wody osiady mu na zmierzwionych brwiach, dostay mu si do oczu, bo bezradnie mruga powiekami. Taczc, wycigna chusteczk, wytara mu twarz. Krzykna co rozpocierajc mokr chusteczk pod soce, po czym wsuna j do kieszeni i znowu wrócia do niego, eby palcami jeszcze wilgotnymi dotkn jego twarzy. Przygadzia mu brwi, przecigna doni po ustach, po szarzejcym zarocie podbródka. Wspia si jeszcze raz na palce i obja go za szyj. Zawieszona na nim, szeptaa mu co do ucha i dopiero pod agodnym naciskiem jego doni osuna si w dó, stana obok. On - jak gdyby do tej pory pówiadomy mojej obecnoci - zwróci do mnie sw szerok twarz - i umiechajc si zapyta: Pójdzie pan z nami do kocioa, prawda? W jego gosie bya zniewalajca proba. Skinem gow, dziaaem pod wpywem niezrozumiaego impulsu, w gowie mej nie powstaa myl, e mógbym nie pój. Dopiero potem, potem... teraz cigle jeszcze byli mi niezbdni, a raczej to ja im byem nieodzownie potrzebny. Ale i to zrozumiaem dopiero potem.

      Wysoki rzd schodów. Podbiega i przystana przed nimi, gow przechylia na bok. Wygldaa, jakby si dziwia, liczya moe... Potem szybko odwrócia si w ty, popatrzya na niego. W jej oczach by znowu wyraz popochu. Pospieszy ku niej i uj jej rk. Uczyni taki gest, jak gdyby chcia j podnie, ale ona, rzuciwszy na mnie ukone spojrzenie, wyrwaa si jak krnbrne dziecko. Nie, nie! - Rozpaczliwy ruch gowy, odte wargi miay jednoznaczny wyraz. Rzucia si w kierunku schodów. Chwyci jej okie, agodnie, ale stanowczo hamowa jej kroki. Postpowaem za nimi. - Mam sabe serce - wyjani mi zwracajc si ku mnie - nie mog i szybko po schodach. Zadyszana, odwrócia si gwatownie, przystana. Kamca, kamca - krzykna po francusku - to ja mam wad serca, to ja nie mog chodzi, a on kamie, eby mi nie byo przykro!... Zamilka i ukrya zarumienion twarz na jego ramieniu. Nie protestowaa, gdy podniós j lekko, przycisn do siebie i cikim krokiem pocz si wspina do góry.

      Stalimy wszyscy troje w otwartych drzwiach kocioa, ona pierwsza, my za ni. Oddychaa szybko, chwytaa powietrze uchylonymi ustami, patrzya przed siebie. Koció by pusty i zaniedbany, jedynie zabytkowy otarz wieci w gbi posrebrzan romask paskorzeb. Odetchna gboko, odzyskujc utracony oddech, i bez sowa ruszya przed siebie. On pocignity jej nag decyzj poszed za ni. Zatrzymaa si przed samym otarzem i uklka na wypowiaym, wzorzystym niegdy dywanie. Z dwóch okien prawie prostopadle umieszczonych ponad jej gow spywao soce, pyki kurzu taczyy w powietrzu. Klczaa ze zoonymi rkoma. Widziaem jej delikatne brzowe palce o równo obcitych paznokciach - przypominay donie dziecka. On klcza obok niej. Jego donie byy take zoone. Donie - na jednej z nich poyskiwaa obrczka. Popatrzyem szybko na jej rce, nie, nie byy ozdobione, nie miaa adnego piercionka. Spojrzaem na jej twarz. Uniesiona w gór, znieruchomiaa, odkryta przez wiato, nie taia wicej swego wieku. W kcikach niebieskim cieniem obrysowanych oczu wezbray krople ez, upady. Pochylia gow w bok ku niemu. On, wiadomy zapewne jej ruchu, spojrza w dó. Wzi w rce jej cigle zoone donie, zamkn je w swoich. Przytulia gow do jego piersi i rozpakaa si. Trzyma j ostronie, duy i pochylony nad ni gadzi jej krótko obcite wosy. Caowa jej wosy. Podniós si i obejmujc j w pó skierowa si ku drzwiom. Patrzyem za nimi. Dwie ciasno do siebie przywarte sylwetki - jedna maa i wska, druga prostoktnie dua, pochylona nad tamt - przez chwil przesoniy lec w otwartych drzwiach smug soneczn. Przeciy soce i zniky. Nie poszedem za nimi.
      Spójrz, przestao pada. Pójdziemy ju? Nie chcesz i Pytasz, co dalej. Co dalej? Nie pytaj. Nie wiem nic, a raczej, no tak, ale ta cz opowiadania nie jest pogodna - jest po prostu prawdziwa. Prawdziwa jak zmierzch w deszczu, jak wilgotny zimny wiatr od rzeki. Oczywicie, e znam dalszy cig, inaczej nie uwaabym tej historii za wyjtkow, nie tukaby mi si po gowie od przeszo dwóch tygodni, nie powtarzabym jej sobie rano tu po obudzeniu, wieczorem przed zaniciem, w poudnie, o zmierzchu... Od dwóch tygodni w kieszeni paszcza nosz monety piciofrankowe, due, srebrne, on, widzisz, nie chce bra innych. Za kadym razem, gdy go spotykam, bierze tylko jedn, zaciska j w doni, w brudnej rce, przyciska do piersi, widocznej w rozchyleniu marynarki, koszuli pozby si ju dawno, szyja okrcona strzpem szalika, wosy siwe zmierzwione... Bierze monet, kania si przesadnie, ochrypym gosem mówi: merci mille fois, z tym twardym sowiaskim akcentem, i skrca do pierwszego sklepu z alkoholem. Wiem, e za chwil wyjdzie stamtd z butelk najtaszego wina, opadajcy strzp szalika zarzuci na rami, koyszcym krokiem ruszy przed siebie. Dokd? Wtedy gdy go spotkaem po raz pierwszy, zadaem mu to samo pytanie. I odpowiedzia. Na cmentarz. Odejdzie w kierunku najbliszego cmentarza, eby po omacku, wiecc zapakami odczytywa zatarte napisy nagrobne. eby szuka. Czego?
      Moe i nie rozpoznabym go, stojcego na skrzyowaniu ulicy, w jego zaniedbanej powierzchownoci nie byo znowu nic tak wyjtkowego. Ot, jeszcze jeden z ludzi, którymi przywyklimy gardzi, jeszcze jeden wykolejeniec, wóczga, opilec, czy te po prostu czowiek wolny. Wolny od trosk codziennych, od haniebnej gonitwy za czasem, który ucieka, pozbawiony kujcego da ambicji, szczliwiec, którego potrzeby s adne, a wic zawsze zaspokojone. No tak, ale ten wóczga by inny, nietypowy. Pod powierzchownoci kloszarda kryo si rozgorczkowanie, niepewno, popiech, niezdecydowanie wreszcie, które mnie zastanowio. Wybieg na jezdni, uczyni kilka kroków w kierunku drugiego chodnika i stan niezdecydowany... znowu wysforowa si na jezdni, spojrza na czerwony sygna wietlny, przystan, okrci si dokoa wasnej osi, eby, gdy wiato zmienio kolor i struga ludzi popyna w wybranym przed chwil przez niego kierunku, stan w pozycji wyjciowej, rónej o dziewidziesit stopni. Ten manewr powtórzy pi czy sze razy, zawsze w podnieceniu, zawsze w popiechu, zdecydowany, zdawaoby si, a w istocie zupenie bezradny. By moe rozterka jego trwaaby duej, gdyby nie to, e podszedem do niego, ujem go pod rami. Popatrzy na mnie bkitnymi oczyma, w których drga gorczkowy pomie; wydatne koci policzkowe, lekko spaszczony nos, naiwna agodno poszarzaych, cignitych rysów - poznaem go.

      Pozwoli si zaprowadzi do pobliskiego bistro, posadzi na krzele. Na moje pytanie, czy ma ochot na szklank wina, skin gow, czy te moe zwiesi gow, gest, który wziem za wyraenie zgody. Patrzy w dó, na swoje rce splecione na blacie stou. Jego sylwetka, tak niegdy imponujco rozrosa, stracia dawne nieprzecitne wymiary - zeszczupla wyranie i cikie plecy zaamay si pókolicie. Cay jakby zmala. Pomylaem natychmiast o dziewczynie, ale nie zapytaem o ni. Jeszcze nie; gdy kelner przyniós wino i on dwoma szybkimi haustami opróni szklank, pochyliem si ku niemu i zadaem mu pytanie: - Czy mog co zrobi dla pana? - Podniós gow i spojrza na mnie póprzytomnie. - Pytam - powtórzyem dobitnie - pytam, czy mógbym udzieli panu pomocy. Przed chwil, tam, na skrzyowaniu ulic - wydawao mi si, e pan zgubi drog. - Powoli, ledwie widoczny umiech przewin si przez jego cienkie wargi. - Nie, nie - zaprzeczy sabo - znam t drog. Tylko, widzi pan - nachyli si ku mnie konspiracyjnie - ja si nie mog zdecydowa.
      Zna drog. Zna Pary lepiej ode mnie. Widzia, gdzie idzie, problem tkwi w tym, e szed do dwóch rónych przeznacze. Chodzio oczywicie o cmentarze. Mia na oku dwa jeden, który ju odwiedza kilkakrotnie, i wieo odkryty, zaledwie wczoraj, pooony w zupenie przeciwnym kierunku.

      Zapomniaem ci powiedzie, e spotkaem go u zbiegu ulic... Otó obowizek nakazywa mu dokoczy poszukiwa na pierwszym cmentarzu... ten drugi, wieo odkryty, mia w sobie urok, któremu trudno byo nie ulec. - Drzewa, pan rozumie tam jest tyle drzew - mówi w gorczkowym podnieceniu - ona lubia drzewa, pomylaem sobie, myl, tak... myl... - Francuszczyzna mojego znajomego stracia nieco ze swej emfazy, zyskaa za to na pynnoci - myl, e moe ona wolaaby lee tam wanie...

      Tak wic on pierwszy wspomnia o dziewczynie. Wiedziaem od razu, e to bya ona. Kogó innego mógby szuka w zapamitaniu po paryskich cmentarzach. Znaczyoby to jednak, e umara, e umara wanie tu... On w dalszym cigu mówi o jej upodobaniu do drzew, gos dra mu lekko, na zapade policzki wystpi niezdrowy rumieniec. - Widzi pan, mam chyba racj - spyta. Patrzy teraz na mnie przekrwionymi oczyma; powieki mia cikie i take zaczerwienione. - Tak, tak sdz - patrzyem z litoci na tego czowieka nie panujcego nad sob: od tamtych dni w Kotorze musiay go dzieli miesice godu, bezsennoci i gorczki. - Zje pan co? - zaproponowaem. - Podczas gdy kelner przygotowywa dla nas kanapki, przy nastpnej szklance czerwonego wina zapytaem o dziewczyn. Oczywicie, powiedziaem mu najpierw, e widzimy si po raz drugi, i e pierwsze nasze spotkanie miao miejsce w Kotorze. Patrzy na mnie z niedowierzaniem. W Kotorze, powtórzyem, w Zatoce Kotorskiej, w Jugosawii. Bkitne tczówki powloka mga. Opar gow na rce i w tej pozycji wysucha mego opowiadania, w którym krok po kroku przywoywaem tamte chwile naszego pierwszego spotkania. Kiedy skoczyem, westchn nie podnoszc gowy. Po twarzy spyway mu zy. Przez dug chwil milcza, nie mogc wydoby gosu, wreszcie usyszaem ochrypy szept... wiadek, nasz wiadek, ona tak pana nazywaa, zanim wyjechaa, zanim przybya tutaj - mówia, e to pana jedzie odszuka. miaa si. Nazywaa pana naszym wiadkiem. Bylimy sami w kociele tylko pan... Ona mówia, e to by nasz lub...

      Zamilk. Nastpn szklank wypilimy w gbokiej ciszy, przerywanej jedynie jego cikimi westchnieniami, lekkim brzkiem szka stawianego na blacie stou. Jego rka obejmujca szklank draa, z wysikiem podniós j do ust. Potem przypatrywa si pustej szklance z napiciem. Westchn gboko i odstawi szklank. Zapytaem: - Moe jeszcze? - Pokrci gow. - Nie, nie, mam ju dosy, dzikuj, poza tym, chciaem szuka, musz szuka... - Odwróci gow i spojrza w okno. - Ju zmrok - szepn. Nie ruszy si z miejsca i ja take pozostaem na swoim, przechodzcy kelner uchwyci mój znak i nala nam wina. Tym razem mój znajomy pi wolno, udao mu si opanowa drenie rk. Jego wzruszenie przejawiao si tylko dugimi przerwami, które czyni pomidzy zdaniem i zdaniem, midzy sowami wypowiadanymi z wysikiem. Nie by to wysiek zwizany z trudnociami jzykowymi, chocia i te byy oczywiste, powodowa go raczej temat opowieci. Mój znajomy z Kotoru mówi o dziewczynie.
      - Przyrzekem wtedy tam - pan to widzia - e jej nie zostawi samej. Potem ona wyjechaa. Musiaem wróci... do domu. Ona wiedziaa o tym i pakaa. To dlatego pakaa - tam w kociele. A pan myli, e ja nie chciaem zosta z ni?! - Kilka razy otwartymi ustami uchwyci powietrze - chciaem... Ale musiaem wróci, zostawiem on i dziecko... - Palcami wpar si w blat stou, szklanki zadzwoniy, pochylony nad stoem powtarza ostatnie sowo, jak gdyby chcia w nim odczyta utajony sens. Zamilk. Przez chwil trwa w odrtwieniu po czym powoli podniós powieki. - Co miaem zrobi, byem bezradny. - Przez twarz przebieg mu gwatowny skurcz. - Przyjacielu, czemu mnie bierzesz na mki? Dlaczego mnie suchasz, dlaczego chcesz mnie sucha? No powiedz, czy mogem postpi inaczej? Zatrzyma j i odej od ony? Ja j kochaem. Grzesznie j kochaem. Tak, popeniem grzech. Grzesznikiem jestem, potpiecem jestem, nieszczliwy jestem... no pomyl, odej od ony, by z ni, dzi i jutro i pojutrze, i przez wszystkie dni - ty j widzia, no, pomyl przyjacielu, ona mnie kochaa. - Zwiesi gow, jego wzrok napotka pen szklank, pochwyci j drc rk, podniós do ust i opróni jednym dugim ykiem.
      Musia wzruszy si silnie, bo krew uderzya mu do twarzy, biaka oczu poczerwieniay i skronie pulsoway widocznie. Oddycha szybko, nieregularnie. Due rce splata i rozplata pod stoem, wreszcie jak czowiek zmczony podpar nimi opadajc gow. Z gow w doniach, ze spuszczonymi powiekami szepta nieartykuowane zdania przeplatane sowami w swoim wasnym jzyku niezrozumiaym dla mnie.
      - Gupiec - mówi - gupiec jestem, przecie ona nie moga napisa. Dlaczego nie moga? Jak to dlaczego? Nie yje przecie. Umara, umara, umara... ja sam byem bliski mierci, a ona - ona bya zawsze saba jak ptaszek... Jak moga y beze mnie? Sama, beze mnie? Umara, a ja pozwoliem na to... eby umara!
      Zajcza cicho i potok oskare przerway ciche pojedyncze sowa, których nie zrozumiaem, z intonacji jego gosu odgadem jednak, e szepcze pieszczotliwe nazwania, którymi przywouje sw ukochan. A wic by pewien jej mierci. Patrzc na jego rozpacz poczuem si nieswojo, jak po stracie kogo bliskiego. Czyby to byo moliwe, aby by sam, pomylaem i mimowolnie spojrzaem na otwarte drzwi. Czyby ta dziewczyna nie miaa wbiec, usi przy stole i odj swoimi smagymi rkoma te due rce od zbolaej twarzy?

      Ukradkiem spojrzaem na zegarek. No tak, siedzielimy w bistro ju godzin i prawd mówic powinienem ju dawno by u P. Nie chciaem jednak tak odej, zanim si nie upewni, i dlatego nie zwaajc na jego stan zadaem mu to pytanie. Gdzie umara i skd si bierze jego pewno, e umara?
      Odj rce od twarzy i spojrza na mnie zmczonymi oczyma, w których ból czy si ze zdumieniem. Jak mog nie wiedzie? Có moe by pewniejszego? Wyjechaa przecie do Parya na stypendium i nigdy nie wrócia, cho miaa wróci po szeciu miesicach. Nie napisaa ani razu, nie daa znaku ycia. Czy postpiaby w ten sposób, gdyby ya? (gdyby moga napisa? Otó nie moga, bo umara. Nie, nikt go nie zawiadamia. Po co? Skoro sam odgad wszystko, skoro wiedzia. A umara tutaj, oczywicie, gdzie by indziej, i pogrzebano j na jednym z paryskich cmentarzy. Raz, tak, to byo dawno, mówic o swoim wyjedzie prosia, abym j odwiedzi. Przyjd do mnie czasem, powiedziaa, moe bd ju nieywa, ale ty przyjd i tak.
      Czeka rok i dwa miesice i przyjecha i teraz jej szuka. Znajdzie j, bo przecie, rozumiem chyba e musi j odnale.
      Jego sowa rozproszyy reszt moich wtpliwoci, tak, to by czowiek szalony, szalony w szczególny sposób, przypomina pijanego. Wino - nie wypi go znowu tak wiele. Jego szalestwo wynikao z mioci -pasji wielkiej, na jak nas nie sta, przyjacielu. Std si braa prawdopodobnie jego wiara w pozaempiryczne racje, jego pewno. Kocha j. Pochylony nad stoem mamrota co do siebie bardziej ni do mnie.
      - Kocham j, kocham j bardziej ni Boga, ale Boe, Ty mi przebaczysz, Ty mnie nie potrzebujesz przecie, a ona... Ona tam jest sama! Nie, nie przebaczysz mi... A wic mnie pogrzeb na dnie twojego pieka, byle obok niej... Ja bd cierpia za ni i za siebie! Tylko zrób tak, niech mnie widzi umiechnitego i Boe, niech nie pacze, e mógbym j porzuci. Najlepiej przykuj mnie acuchem do skay, gdzie blisko niej! U jej nóg albo u kolan. Czasem bd trzyma gow na jej kolanach... Ona bdzie gaskaa mój siwy eb i bdzie mówia, e mnie kocha... wita moja, najlepsza moja, moja jedyna! Na tamtym cmentarzu jest tyle lici i korzeni - no chod ju, chod, musimy j odnale, jeszcze dzisiaj... Ona tam musi by. Jeli pójd tam przed noc, to na pewno zd przeszuka jeszcze trzy rzdy grobów. Po prostu trzeba odgarnia licie i czyta napisy. To zupenie proste.
      I poszed, odszed tak jak dzisiaj, zarzucajc wytarty szalik na rami, poszed w kierunku cmentarza Montparnasse, a ja zostaem w deszczu, z t gupi histori.
 
« poprzedni artyku   nastpny artyku »
© 2017 http://www.koniczynka.art.pl/
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.
 
Professionelle Joomla Templates - kostenlos