Co nowego arrow Artykuły arrow (1958) Przekrój nr 714-716: "Serce poetki" - listy Haliny Poświatowskiej

Migawki

(1958) Przekrój nr 714-716: "Serce poetki" - listy Haliny Poświatowskiej

...po raz pierwszy w życiu zaczynam się posądzać o coś takiego jak przyszłość


O Halinie Poświatowskiej pisaliśmy w "Przekroju" przed kilku miesiącami. Pisaliśmy, że jest to młoda kobieta, która jest chora i pisze wiersze. Przez te kilka miesięcy, jej stan zdrowia stale, się pogarszał. Miała ciężką wadę serca, dawano jej rok życia. Niedawno poetka pojechała do Stanów Zjednoczonych. Będąc w Ameryce, dała się zbadać, lekarze orzekli konieczność operacji serca. Operacja przebiegła pomyślnie, Halina Poświatowska jest obecnie rekonwalescentką. Poniżej drukujemy listy, pisane przez Halinę Poświatowską krótko po operacji - do matki, oraz do lekarza, który leczył ją w Krakowie. Przedstawiają one walkę młodej dziewczyny ze śmiertelną chorobą, decyzję na ryzykowny zabieg, praktykowany dopiero od niedawna, dramatyczne dni po zabiegu. Ostatni list przyszedł w momencie, gdy oddawaliśmy ten numer do druku. Drukujemy również dwa wiersze Poświatowskiej, pisane jeszcze przed operacją.



List do matki

7-my dzień po operacji.

to zamiast prawdziwego listu - bo co się wybiorę, to przystanę po dwóch zdaniach - mokra jak mysz. Jutro będzie tydzień - trudno, o jak trudno. Głupio ludzi zaopatrywać w ciała, które ulegają zgnieceniu - upadkom - krojeniu, I bolą... Pocięta jestem tak, że sobie lepiej wyobrazić nie można - ale to nawet zabawne, zawzięcie wypyskowuję się o zastrzyki morfiny. Oni mnie mają za zdrową i każą samej jeść i myć się, i nabijają się ze mnie, że krzywo trzymam ścierkę z wodą. No a ja nie mam kawałeczka siebie, bo wszystko rozparcelowane pod kłócie, cięcie i ból. O jak boli - moje złotko - jak boli.
Nie wpadaj w histerię, bo zanim list zajdzie, to już to będzie bardzo mało aktualne. No i zresztą gdyby mi nie było lepiej, to bym jeszcze nie pisała. Ale Leszek mi kazał. A ja go lubię słuchać. Byłam cholernie dzielna przed tym - nic się nie bałam - zaczęłam się bać panicznie po operacji. W czwartek było bardzo źle, w piątek też, dopiero w sobotę się uładziło. Jurka Bigosińskiego przy najbliższej okazji spiorę po pysku, niefrasobliwa świnia - on sobie do Ciebie wysyła telegram, kiedy jeszcze nic nie było wiadome. Telegram miał wysłać Leszek, i to na adres cioci Heli, gdy już będzie wszystko dobrze. Na szczęście wyżyłam Ci. To było trudne, i jeszcze trudne - boli - wiesz. Kobieta operowana w moim pokoju zmarła na trzeci dzień. To było najgorsze. W ogóle nie mówiłam ci, a tu po tych operacjach mrą jak muchy. Dlaczego ja nie? Podejrzewam w tym ciemne machinacje losu. Oni mówią, że zdrowieję bardzo ładnie.



List drugi do matki

Jakoś mi dziwnie lżej się oddycha, tętno mam nieregularne - ale nic się we mnie nie skacze - piersi spokojniutkie, nie uwierzyłabyś. Leszek wczoraj przylazł i opowiedział mi trochę o tej operacji. Wesołe rzeczy. Podobno miałam zupełnie zniesioną zastawkę, rozszerzenie jakiegoś tam czwartego stopnia i że oni jeszcze tego nie operują. Przemyciłam się na operacją dzięki temu, że badanie było niedokładne. A dopiero gdy mnie ładnie rozkroili - przyszedł Nichols (najlepszy chirurg, który mnie operował). Zgodził się (bo go Leszek prosił żeby zdecydować czy operacja się odbędzie) - włożył mi palec do serca i stwierdził, że jest bardzo źle i że strasznie niebezpiecznie jest w tych warunkach operować, i kazał zobaczyć Leszkowi - więc Leszek też włożył paluch do serca i zgodził się, żeby robić. Nichols poszedł sobie palić papierosa, a oni mnie rozcinali dalej, i zakładali ten aparat - do przetaczania krwi. Ten aparat przetaczał mi krew, zabierał sprzed serca i wtłaczał w pachwinę, gdzie mam takie szerokie ciecie, bo tu była arteria.
Obudziłam się, gdy mnie przenoszono do łóżka. Leszek coś do mnie gadał, ale nie wiem co, pomyślałam, że to już chyba po - a potem miałam potworne dreszcze. Takie dreszcze. Dostałam jakiejś zawrotnej gorączki, telepało mną dosłownie. A oni położyli mnie na lód i obłożyli workami z lodem - i przykryli jednym prześcieradłem. A ponieważ mi noga wystawała spod tegoż, więc krzyczałam, aby mi ją przykryli bo mi jest zimno. Na drugą noc znowu ta potworna gorączka, i znowu położono mnie na lodzie i pootwierano wszystkie okna i kazali mi pić dużo wody z lodem - ale ja się trzęsłam potwornie. I nie przeziębiłam się, nie dostałam zapalenia płuc, chociaż przyrzekałam tym czarnym że to zrobię. Zbadali mnie i coś im się nie podoba, bo mi się migotanie przedsionka utrzymuje, ale to nic nie jest. Leszek mówi, że z tą zastawką żyłabym najwyżej rok, lub półtora, a potem udusiłabym się. Genialny Nichols przyszył ją czterema ściegami na amen nylonem, już teraz tylko serce musi przywyknąć do pracy i będzie dobrze.



List do lekarza

Kochany Panie Profesorze!
Pisane będzie krzywo, bo pochylić się porządnie to jeszcze problem - ale na ogół daję sobie cudownie radę. 11 dni po operacji - a ja już maszeruję dziarsko, jutro wyrzucają mnie ze szpitala i jadę do Deborah-Sanatorium. Tam jest tyle drzew i miło i spokojnie i nareszcie bez zmory w piersi będzie się można uczyć i uczyć i uczyć. Tak nie chcę wracać do tej niedawnej przeszłości, ale któż Panu o tym napisze jak nie ja - więc chociaż bardzo po laicku postaram się opowiedzieć. Że było paskudnie, to Pan wie najpierwszy i tu nie ma co powtarzać, ale podobno gdy rozkroili - było całkiem źle - rozszerzenie 4-tego stopnia czyli tego ostatniego. Podobno nieomal wszystka krew, bo więcej niż 80%, ganiała mi z powrotem - z drugiej komory do pierwszej (Boże odpuść, to pewnie jakieś medyczne herezje!) i do organizmu szło te mizerne 20. I byłam okrutnie niedotleniona.
Oni powiedzieli, że mogłabym żyć jeszcze rok-dwa - to wszystko. Ale oni nie wiedzą o istnieniu Pana i o moim - to jest o naszym wściekłym uporze. Chcieliśmy żyć, prawda? Chociaż tuż przed operacją wszystko wydawało nam się jedno - i nie martwiłam się nic, i tak ładnie chciałam umrzeć, i tak bardzo miałam dość. Poszłam jak malowanie, pouśmiechaliśmy się do siebie z dr Nicholsem - on bardzo miły - potem Leszek Dereń powiedział "dobranoc Halinka" - a ja "to ślicznie Leszku, bo jestem śpiąca - wiesz, nie wyspałam się w nocy"... a potem - ciemnawo było gdy obudziłam się, i bolało z miejsca, i trzęsło, bo gorączka. A oni mnie na lodzie dokolutka - i w ogóle jakieś mnóstwo rur. Bolało tydzień - teraz to już nie jest ból, tylko takiego coś oswojonego i jak się łagodnie obchodzić - to znaczy poruszać - można z tym współżyć. Spuchnięte jeszcze - a już lżej oddychać i gadać mogę przedziwnie szeroko i nic nie dusi. Podobno ładnie zaszyte nylonem - podobno skurczyło się już na stole - podobno Nichols się wahał czy robić operację - bo nie miał nadziei, więc się Dereń dodatkowo zgadzał - i tak mnie wspólnie spreparowali. A teraz - po raz pierwszy w życiu zaczynam się podejrzewać o coś takiego jak przyszłość. To przyszło samo - razem z oddechem, i - nie wiem czy nie sprawię Panu przykrości, nie chciałabym, naprawdę, nikt o tym jeszcze nie wie, to plan moich, ostatnich 2 dni - tych dni już bez bólu: ja chcę ich o stypendium. Poszłabym na uniwersytet i studiowałabym język angielski i literaturę oczywiście. Potem mogłabym przekładać, miałabym taki cudowny fach. Po powrocie do Polski mogłabym pomagać rodzicom, a nie jak do teraz, że oni ciągle i zawsze mnie. Przecież oni są biedni - i naprawdę nie mogą. Co Pan o tym myśli - zanim zacznę mówić, muszę wiedzieć. Proszę napisać do mnie. Dziękuję i pozdrawiam i - tak trudno mówić.
Halina



_____________

niewyczerpane są kopalnie metafor
na urągowisko
otwartą głębią straszą
mrok
a ja chcę życia - płasko
a ja chcę życia - nisko
ja nie chcę w głąb
ja nie chcę wszerz
ani wzdłuż

Chcę żeby się owinęło
o występ muru
konsystencją dzikiego wina
chcę żeby czepiało się okien
drzwi -
żeby zapachem
biegło poprzez dom
żeby dokoła z ziemią krążyło
z moim sercem co wewnątrz tkwi

ja chcę być zmokłą trawą
w twoich ustach
w twoich dłoniach
chcę być tylko zmokłą trawą
do utraty tchu
chcę być bardzo głupią trawą
u twych nóg
przydrożnie róść

New York, 12. IX. 1958 r.


Halina Poświatowska to jest podobno człowiek
i podobno ma umrzeć jak wielu przed nią ludzi
Halina Poświatowska właśnie teraz się trudzi
nad własnym umieraniem

ona jeszcze nie wierzy ale już podejrzewa
i kiedy w sen zagłębia lewą rękę to w prawej
zaciska mocno gwiazdę - strzępek żywego nieba
i światłem poprzez ciemność krwawi

potem gaśnie za sobą wlekąc warkocz różowy
ciemniejący na wietrze nocy groźnej i chłodnej
Halina Poświatowska - te trochę garderoby
i te ręce - i usta co nie są już głodne

Filadelfia, XI, 1958 r.

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
© 2017 http://www.koniczynka.art.pl/
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.
 
Professionelle Joomla Templates - kostenlos