Co nowego arrow Artykuły arrow 1961 - Współczesność nr 23: "Notatnik amerykański" - Halina Poświatowska

Migawki

1961 - Współczesność nr 23: "Notatnik amerykański" - Halina Poświatowska

      Położone między łagodnymi wzgórzami Nowej Anglii, na granicy małego miasteczka Northampton, Smith College na pierwszy rzut oka przypomina sanatorium. Masywne budynki z ciemnoczerwonej cegły porosłe dzikim winem przeświecają poprzez zieleń. Drzewa są najpiękniejszą częścią Smith; ogromne, rozrosłe, we wszystkich odcieniach zieleni. Dobrze utrzymane tereny szkolne przechodzą w półdziki zagajnik po drugiej stronie bagnistej rzeczki, która oddziela Smith od szpitala dla nerwowo chorych. Ta naturalna bariera bywa często łamana w rzeczywistości i w przenośni. Już w marcu liczne canoes i kajaki Smith wyruszają na pogłębiony sztucznie staw i gęsto kręcą się wokół szpitalnego wzgórza, gdzie można wypatrzyć ludzi innych i ciekawszych. Łamaniem granicy w przenośni nazwałabym częste choroby nerwowe, na które zapadają dziewczęta w miejscu tak odludnym jak Smith.
Zdefiniować charakter Smith nie jest łatwo. To amerykańskie college znajduje się równocześnie i na peryferiach, i w centrum cywilizacji. Pękata biblioteka w swoich licznych odnogach skupia setki tysięcy tomów reprezentujących najnowsze zdobycze intelektu. Równe szeregi książek stoją na półkach łatwo dostępne dla zainteresowanych. Tu warto chyba wspomnieć o wygodnym systemie obowiązującym w amerykańskich college'ach, likwidującym wiele uciążliwej biurokracji. Student, zapisując się na uniwersytet, przyrzeka, że będzie przestrzegał regulaminu, i w zamian za to otrzymuje maximum wolności. Student sam wypożycza sobie książki z biblioteki, sam pilnuje godzin egzaminów i wszelkich innych terminów studenckiej działalności. Niewątpliwie godny pochwały amerykański "honor system" ma także swoje minusy: choćby pewna atmosfera podejrzliwości panująca wśród studentek i małe poczucie koleżeństwa. To ostatnie może być przejawem stosunków panujących w bogatych mieszczańskich środowiskach, z których rekrutują się studentki Smith. Dziewczęta wynoszą z domu inklinację do konkurencji, są ambitne i bardzo pracowite, ale ich pracowitość jest mechaniczna i ospała. Bardzo niewiele tu spontanicznej intelektualnej inicjatywy; studia ograniczone są ściśle do wybranych przedmiotów i nikt nie pozwala sobie na takie ekstrawagancje, jak amatorskie zespoły, kluby dyskusyjne itp.
Oczywiście moje uogólnienia nie odnoszą się do wszystkich studentek, lecz do tej większości, która sprawia, że Smith tkwi intelektualnie w martwym punkcie. Dziewczęta słuchają wykładów biernie, z obowiązku czytają, grają i malują, z obowiązku piszą poezje. A jakże, Smith posiada profesorów uczących pisania poezji, kompozycji muzycznych, a także malarstwa. Pamiętam moją małą sąsiadkę, która w ciągu nocy zamalowała olejno sześćdziesiąt płócien, żeby zaliczyć egzamin. W ciągu jednej nocy odrobiła pięciomiesięczne zaległości z wynikiem, który nie odbiegał od wyników jej bardziej obowiązkowych koleżanek. Wszystkie obrazy były jednakowo złe.
W piątkowe popołudnia można zaobserwować w Smith nagły przypływ żywotności. Przygotowania do weekendu. Książki idą w kąt, w kąt idą również farmerskie spodnie i rozciągnięte swetry. Snobizm na ubóstwo obowiązujący na co dzień ustępuje miejsca nowojorskim toaletom, które można kupić na ulicy graniczącej z terenami college'u. Sklepy sprzedają towar na kredyt, usłużnie godząc się na wysyłanie rachunków rodzicom. Dziewczęta myją głowy, zakręcają włosy, malują paznokcie, spryskują się paryskimi perfumami i nerwowo oczekują aut nadciągających z pobliskich college'ów męskich. Przyjeżdżają chłopcy, ogoleni, eleganccy w szarych i czarnych garniturach, w nienagannie zawiązanych krawatach. Dziewczęta, potykając się na wysokich obcasach, do których nie są przyzwyczajone (na co dzień noszą rozczłapane tenisówki), wybiegają im naprzeciw i po krótkiej prezentacji opiekunce internatu sadowią się wszyscy na pluszowych kanapach w salonie. Jeśli dni są pogodne, chłopcy i dziewczęta spacerują ze sobą po parku, jedzą lody w pobliskim barze, wiosłują po stawie... Mówią ze sobą niewiele, przeważnie wpatrują się jedno w drugie, i o ile sytuacja sprzyja, przyciskają się do siebie jak można najbliżej. Są wyraźnie seksualnie głodni i nie ukrywają, że zaspokojenie tego głodu jest właściwym celem towarzyskich spotkań. Nylony, perfumy, kolczyki, jak również rzucane nazwiska czytywanych autorów cienką warstwą przykrywają pierwotność ich popędów. Gdyby mogli, gryźliby się nawzajem, tylko że im nie wypada. W niedzielę po południu znikają rzędy luksusowych aut, dziewczęta rzucają się w popłochu do zapomnianych książek, aby w poniedziałek z podkrążonymi oczyma rozpocząć normalny tryb zajęć. Farmerki, tenisówki, wykłady...
Grupka studentów zagranicznych, licząca około 30 osób, czuje się obco i prawie niepotrzebnie na terenie Smith. Zwabione wysokimi stypendiami naukowymi i przychylnością dyrekcji, przyjeżdżają dziewczęta zza oceanów, nie wiedząc, że przyjdzie im płacić pracą ponad siły i gorszą od pracy samotnością. Troska dyrekcji i serdeczność profesorów, którzy niejednokrotnie sami czują się obco w atmosferze Smith, nie jest w stanie rozproszyć przygnębienia, któremu wcześniej czy później ulega każdy egzotyczny przybysz. Japońskie kimona, delikatne, barwne sari, krzykliwe afrykańskie kretony nie odzwierciedlają pochmurnych myśli ich właścicielek. Najpilniejsze, najbardziej zaangażowane naukową pracą są jakby poza zasięgiem studenckiego życia, poza jego właściwym, towarzyskim nurtem. Emocje weekendów omijają je kompletnie. W piątki nie kręcą włosów (niektóre z nich mają włosy i tak zbyt mocno skręcone), nie nakładają szpilek, snują się poważne i skupione przez opustoszałe sale biblioteczne, studiują... ale wesołe śmiechy spoza okien dochodzą do nich i ranią.
Pamiętam moją ostatnią dyskusję z opiekunem grupy zagranicznych studentów - profesorem angielskiej literatury. Strzygł trawnik przed domem, kiedy przyszłam mu podziękować za opiekę i powiedzieć do widzenia; wyjeżdżałam ze Smith. Popatrzył na mnie z troską. Nie rozumiem, powiedział, psiakrew, nie rozumiem. Zwlekacie się tu nie wiadomo z jakich kątów świata i chcecie mnie przekonać, że Smith jest złą szkołą. A może to wy nie potraficie się zaadaptować do warunków, w których doskonale czują się amerykańskie dziewczęta. Zdumiewa mnie wasz upór i pracowitość, ale nie wiem, skąd się bierze przygnębienie. Mamy najlepsze pomoce naukowe, najlepszych profesorów, warunki mieszkalne...
Przerywam mu niecierpliwym ruchem głowy. Zapomina pan o dusznej atmosferze Smith, o odludnym położeniu, o weekendach, o dziewczętach...
Dziewczęta, odpowiada, mają warunki takie, jakich sobie życzą. Smith jest wynikiem zamówienia społecznego, które my staramy się wykonać jak najsprawniej.
Uśmiecham się. Czemu się pan denerwuje? Proszę mi wierzyć, nie jestem niewdzięczna, bardzo cenię pańską pomoc i opiekę, niemniej nie potrafię się zdobyć na afirmację zamówień amerykańskiego społeczeństwa. Jeśli Smith jest instytucją, którą popiera społeczeństwo Ameryki, myślę, że to bardzo źle świadczy o tym społeczeństwie. To jest zakłamane moralnie, snobistyczne społeczeństwo, które nie ma zaufania ani do siebie, ani do własnych dzieci. Czy naprawdę uważa pan, że odosobnienie i luksusowe warunki są niezbędne, aby jednostkę stać było na intelektualny wysiłek? Czy dziewczęta nie pracowałyby lepiej, z większym zainteresowaniem dla nauki, czy nie byłyby mniej znerwicowane w ośrodkach takich, jak Columbia, Berkeley czy...
Aha, przerywa mi, więc jednak są szkoły, które zasługują na waszą pochwałę, dlaczego więc wybieracie Smith...
Smith nas wybrało, odpowiadam, a my, nieświadome socjalnego zaplecza Smith, zaakceptowałyśmy stypendium i jak pan widzi, staramy się, aby wyniki naszej pracy były zadowalające.
Nie czynię wam żadnych wyrzutów, to mnie spotykają wyrzuty z waszej strony; jest wyraźnie zmęczony. Tyle razy podejmowana dyskusja nie zdąża nigdzie. Amerykański profesor literatury nie chce, nie potrafi zrozumieć zamkniętych w sobie dusz swoich podopiecznych.
Do widzenia, mówię, dziękuję raz jeszcze...
Nie dziękuj, a jeśli chcesz napisać, to napisz za dwa lata. Do tego czasu, przypuszczam, zmienisz zdanie o Smith.
Być może; uprzejmością chcę rozładować nieprzyjemne napięcie naszej ostatniej rozmowy. Nie udaje mi się, pochmurnym uśmiechem odprowadza mnie do drzwi.
Wychodzę... Szalona zieleń pnie się wokół mnie, ponure bloki szkolne toną w zieleni - wymarłe, puste. W dole na stawie kumkają żaby. Zaciągam się świeżym powietrzem. Jutro wyjeżdżam do Montrealu i dalej. Opuszczam wykwintne mury amerykańskiego college'u na zawsze i bez żalu.

Moja ostatnia wizyta w New Yorku była niezwykle krótka. Wpadłam na jeden dzień, żeby pożegnać się z Caroline i popatrzeć na miasto.
Jak zwykle ze stacji podjechałam taksówką pod Metropolitan Museum, gdzie pracowała Caroline. Była godzina trzecia po południu, Caroline kończyła pracę o piątej. Specjalnie przyjechałam wcześniej, żeby jeszcze raz w samotności okrążyć muzeum. Wjechałam windą do górnych galerii; przywitali mnie złoty i delikatny Fra Angelico, czerwonobłękitny Piero della Francesca, skośnookie Madonny ze Sieny popatrzyły na mnie badawczo. Przebiegam szybko kilka sal w poszukiwaniu słoneczników van Gogha, kątem oka chwytam żółtawe światło Rembrandtów; Saskia jako Flora, jeden z ostatnich autoportretów, Chrystus... Pośród rzędów uśmiechniętych etruskich rzeźb schodzę w dół szerokimi schodami. Po lewej stronie w skrzydle egipskim - mumie faraonów; skupione twarze siedzących posągów. W gablotkach rozpostarte naszyjniki, bransolety i ubiory na głowę. Bastet, bogini miłości w kształcie kota, małą główkę ma ozdobioną kolczykami. Około roku tysiącznego p.n.e. poświęcono jej miasto Bubastis, w którym koty były święte.
Caroline wyszła wreszcie i pod czterema mostami Centralnego Parku przedostajemy się na zachodnią stronę New Yorku. Najpierw na Broadway, gdzie, jak twierdzi Caroline, najlepiej i najekonomiczniej robić zakupy. Zostaję w aucie, ponieważ stanęłyśmy w niedozwolonym punkcie, a Caroline wbiega do dużego samoobsługowego sklepu. Ulicą przesuwa się ciemny tłum; powietrze jest duszne, domy niezbyt wysokie z szaroczerwonej cegły mają charakterystyczny zaniedbany wygląd. W jednym z okien piątego piętra w budynku po przeciwnej stronie ulicy siedzi portorikańska dziewczyna. Z mojego posterunku widzę tylko czarne włosy i bardzo okrągłe ramię. Wyciąga rękę i pokazuje coś chłopcu stojącemu obok. Przechyla się niebezpiecznie. Chłopiec obejmuje ją wpół. Zawieszeni ponad ulicą, są jednocześnie samotni i w samym centrum ulicznego gwaru. Patrząc na nich, czuję bolesne ukłucie - mówię im do widzenia.
Po kolacji Caroline zabiera mnie na Rockefeller Center, gdzie mamy spotkać naszą wspólną koleżankę Naomi. Pod czterema mostami wracamy do wschodniej części New Yorku i parkujemy auto w okolicy 3-ciej Avenue i 50-tej Ulicy. Musimy przejść około 400 metrów. Sąsiedztwo 5-tej Avenue jest wypakowane autami. Idziemy chodnikiem pośród wysokich domów. Drapacze są po to, aby je oglądać z dołu. Kiedy podnoszę głowę wzwyż, budynek wyrasta prostopadle i nie ma końca. Następny. Caroline trzyma mnie mocno pod ramię, abym nie wpadała na przechodniów. Rockefeller Center zaczyna świecić. Nigdy nie lubiłam tej części miasta, ale teraz, gdy patrzę na nią po raz ostatni, staje mi się droga i równie bliska jak szaroczerwony Broadway.
Po raz pierwszy nie przeciwstawiam czystej architekturze Rockefeller Center pochmurnej perspektywy Harlemu czy zaniedbanej portorikańskiej dzielnicy. Rockefeller Center jest tylko pulsującą częścią miasta, od którego odchodzę. Jeszcze jeden drapacz, podnoszę głowę wysoko i prawie zderzamy się z Naomi.
Wracamy do auta i decydujemy, że należy odwiedzić Greenwich Village; Naomi zna miejsce, gdzie kawa ma smak naprawdę włoski. Zaczyna padać deszcz. Wykwitają kolorowe parasolki. Auta suną równo, zatrzymując się od czasu do czasu przed czerwonymi światłami. Jedziemy przez Park Avenue w dół, jeszcze moment i jesteśmy w plątaninie wąskich uliczek Greenwich Village. Washington Square pusty, nikt nie siedzi wokół martwej fontanny, woda pluszcze po betonie. Wjeżdżamy w Mac Dougal Street. Tu mieszczą się najpopularniejsze kawiarnie, jak zwykle pełne przybyszów z górnej części miasta. Parkujemy i po mokrych płytach chodnika wbiegamy do jednej z kawiarni. Pijemy kawę; poprzez mokre szyby zaglądają dziwnie zdeformowane twarze. Czasem tylko ciemny błysk skóry, jasny błysk włosów, rozhuśtany kolczyk. Naomi gwarzy z Caroline.
Robi się późno, deszcz przestał padać i ulice są zapełnione kawiarnianym tłumem. Toalety 5-tej Avenue przeplatane strojami tubylczej cyganerii. Dziewczęta o rozpuszczonych długich włosach, włosach ściętych krótko noszą obcisłe spodnie i sweterki. Chłopcy troskliwie kudłaci starają się wyglądać jak najbiedniej. Żaden inny strój nie przyciąga tylu spojrzeń co połatane na siedzeniu spodnie i artystycznie porwany sweter. Przybysze z góry miasta podziwiają sfabrykowane ubóstwo i kultywowany pieczołowicie brud. Niegdyś pełne artystycznych ambicji Greenwich Village skomercjalizowało się; dziś wypełnia tylko zamówienia bogatego odbiorcy, który szuka tu rozrywki i inności. Sztucznie ubogie Greenwich Village ma niewiele wspólnego ze sztuką. Ostatnimi placówkami tejże są chyba teatry o maleńkich salkach, w których można zobaczyć ciekawe i ambitne sztuki współczesnych pisarzy. Przywabieni urokiem pstrokacizny, wdziękiem kolorowych kawiarni z ogródkami, co noc przyjeżdżają tutaj tysiące ludzi pragnących chociaż na chwilę włączyć się w podniecający nurt życia cygańskie, dzielnicy.
Znajdujemy auto, Caroline pyta: Do domu? Czyżby zapomniała? Prosiłam ją przy kolacji, żebyśmy jeszcze raz pojechały w górę Broadwayu. Chciałam zobaczyć Columbię. Uczyłam się tam trzy miesiące podczas lata 1960 roku. Znam każdy budynek i każde przejście. Caroline mówi: Naomi, musimy uczestniczyć jeszcze w jednym misterium, Halina jedzie do Columbii. Teraz, w środku nocy, protestuje Naomi. Potwierdzam skinieniem głowy.
Przez miasto? pyta Caroline. Nie, nie przez miasto. Skręcamy w bok na Hudson Parkway i mkniemy szosą w górę. Hudson jest tuż, słychać plusk wody, ze względu na późną porę droga jest pusta. Na prawo świeci New York, światła spiętrzają się pionowo; na lewo, po drugiej stronie rzeki, mniej liczne, rozlane poziomo światła New Jersey. Przy 95-tej Ulicy Caroline wyprowadza auto krętym ślimakiem na Riverside Drive i potem na Broadway. Wokół uniwersytetu spokój. Gmachy pokryte zielonawymi kopułami są ciemne, tylko gdzieniegdzie światło. Pośrodku biblioteka i kaplica św. Pawła, w głębi budynek filozofii. Na siódmym piętrze pokój z prostym drewnianym stołem, wokoło studenci. Profesor o szczupłej twarzy i sugestywnych ruchach dłoni mówi: "Jak można pytać, czy coś, co uważamy za dobro, jest dobrem? Nie mamy innej definicji dobra, jak tylko tę, którą ustaliliśmy sami. Czy jeśli powiem: to jest tygrys, wskazując przy tym na pręgowane zwierzę, które zwykliśmy nazywać tyglem, zapytacie: Ale czy to jest naprawdę tygrys?"
Ściskam mocno rękę Caroline, chodźmy stąd, mówię. Jedziemy znowu. Caroline skręca na Riverside Driver i teraz mijamy kolejno: Riverside Driver, kościół z masywną wieżą oświetloną od dołu, mauzoleum Granta, dom dla zagranicznych studentów i wreszcie widać most. Delikatna ciemna sylwetka z półkolistym różańcem świateł. Jaki jesteś piękny, mówię. Naomi ma wyraźnie dosyć, parska niecierpliwie, co jej się stało, Caroline? Caroline uśmiecha się i nie odpowiada.
Caroline wie: New York - zimny sopel lodowy na tle czerwonego nieba, New York - ostracyzm Harlemu, miasta, gdzie codziennie słońce umiera zasztyletowane brudem. New York - szara zieleń parków, zieleń ledwie pokrywająca skaliste podłoże. New York - drapacze, które nie kończą się, jeśli stanąć tuż pod nimi i podnieść głowę do góry. New York - chory urok wężowych zaułków Greenwich Village, narośl neurastenii.
Strip-tease cywilizacji, nagość kamienia.
Caroline, której nieobcy urok Paryża i Wenecji, białość Madrytu i zaułki Barcelony, mówi: Jak możesz wątpić, że tęskniłabym za New Yorkiem, to miasto mam we krwi - jest moje.

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
© 2017 http://www.koniczynka.art.pl/
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.
 
Professionelle Joomla Templates - kostenlos