Co nowego arrow Artykuły arrow (1966) Współczesność nr 21: "Monologi. Z dobrodziejstwem inwentarza" - Julian Rogoziński

Migawki

(1966) Współczesność nr 21: "Monologi. Z dobrodziejstwem inwentarza" - Julian Rogoziński

Przeczytawszy Odę do rąk Haliny Poświatowskiej, sięgnąłem ze spokojnym zaciekawieniem po dwa jej tomy poprzednie. Hymn bałwochwalczy (1958) i Dzień dzisiejszy (1963). Spokojnym, ponieważ autorka nie stara się "śmieszyć, tumanić, przestraszać" ani pozorną odkrywczością, ani rzekomo wyzwoloną wyobraźnią, ani sztucznie pędzonymi wybzdurzeniami, w których młode majaczące umysły każą nam dopatrywać się bądź hermetyzmu, bądź nadzwyczajnych komplikacyj psycho-seksualnych. Też oczywiście zaszyfrowanych, tu pod symbolem ***atki-kiełbasy (1), tam ciotki, która ***ędzić się nie może kilkunastu ***nym a natarczywym siostrzeńcom. Najpocieszniejsze w tym wszystkim, że stare wygi dają się czasem nabierać na te kawały, dostrzegają dyskursy "podmiotu lirycznego" w tekścidłach, które nurt nieporozumień obyczajowo-literackich skierował w ich ręce, a nie psychologów i socjologów. Lecz i oni nie znaleźliby w tych materiałach jakiegoś specjalnego bogactwa: nasi poetyczni ekstatycy nie mają w istocie więcej do powiedzenia niż królowa Saba czy hrabia Wie***lowski. To znaczy zbitki skojarzeń, czysto dowolnych i przypadkowych traktują - czasem i w dobrej wierze - jako wizję poetycką: można roić o samym sobie, jak roi się o historii, spożytkowując resztki dnia, czyli szumowinę zebraną z powierzchni snów i widzieć w niej płody wyobraźni. Świadczy to jednak tylko o jej braku, a w najlepszym razie - niedorozwoju. Wierzchnia warstwa podświadomości jest na ogół mało zajmująca, starcia myśli analitycznej i agresywnej z utajonymi i biernymi złożami psyche odbywają się głębiej i wymagają od podmiotu samowiedzy, a nie zachwyconej swoją "imaginacją" gnuśności, która dała między innymi w efekcie "zdobnictwo wewnętrzne" Wnucząt.
Niektóre z nich mają już je za sobą, to prawda: podorastały.
Ów marazm, któremu najmłodsi (niegdyś) poeci warszawscy usiłowali w pocie czoła nadawać pozory sturm und drang, nie należał bynajmniej do łańcucha przyczyn pierwszych i warunków koniecznych, w jakich rodziła się twórczość generacji - nazwijmy to tak: pogrochowiakowskiej. Kiedy bowiem Wnuczęta hybrydziły jeszcze w sosie własnym, inne środowisko - rówieśnicy ich, lub trochę od nich starsi - optowało inteligencją, schludnością umysłową, dyscypliną. Mam na myśli "szkołę" krakowską z poetami takimi jak Sprusiński, Kawiński, Beata Szymańska - i debiutująca od nich wcześniej, wspomniana już na wstępie Halina Poświatowska, której dotyczą dzisiejsze rozważania felietonisty.
Zatytułowałem je "Monologi", ponieważ autorka Ody do rąk, od początku wypowiadała się najtrafniej i najtreściwiej tylko w pierwszej osobie trybu oznajmującego. W trzech książkach Poświatowskiej zachodzi wyraźna różnica jakościowa między wierszami-zwierzeniami, a takimi, w których poetka "patrzy i opisuje", starając się ukazać świat o płytkich i nietrwałych korelacjach ze światem jej właściwym, dziedziną pięknego i bogatego egotyzmu. Innymi słowy Poświatowska potrafi obiektywizować przede wszystkim samą siebie, świat zewnętrzny dostarcza jej, sądziłbym pretekstów i bodźców dość błahych w porównaniu z tym, co przynosi wciąż jaźń liryczna. Z obowiązku więc bardziej (żeby w swoich przeżyciach upodobnić się do innych), zahacza poetka o aktualność, czerpiąc materiał do wierszy z gazet, czy ze swoich podróży. Powstają wtedy na ogół liryki słabsze, o ile autorka nie zasymiluje tworzywa - aż do najdrobniejszej cząsteczki - ze swoimi dyspozycjami, najbardziej osobistymi dyspozycjami poetyckimi, jak to się dzieje w wierszu "Wietnam-1956", który może służyć za wzór poezji zaangażowanej nie plakatowo i nie osobowym, zżymamy się, bo te wiersze, może nawet i niezłe, zbyt nietrom sprawnie działającej myśli. Ale tu brak właśnie opisowości w potocznym sensie. Tam natomiast, gdzie Poświatowska wypada z monologu odrywając naszą uwagę od siebie, a starając się nas rozczulić losami biednej prostytutki Zeni, lub zainteresować podróżą pociągiem osobowym, zżymamy się, bo te wiersze może nawet i niezłe zbyt niekorzystnie odcinają się od tych, które zdążyliśmy już polubić, jak na przykład "śpiącego jednorożca":

ponieważ jesteś piękny
dla ciebie jest moich kolan
miękkość

aksamit mojej sukni
podpełza
pod twój sen

ponad uśpionym
świecę sierpniowym firmamentem

i gwiazdy oczu moich
spadają
w białą sierść

albo:

za całą moją miłość - bracie Aniele
dałeś mi złoto w tle i błękitną sukienkę
i przypiąłeś mi parę skrzydeł
i uniosłeś w niebo

a ja nie jestem gwiazdą
żaden z moich promieni nie rozdarł ciemności
w ciemności umiem tylko kochać
i o kolorach nie wiem nic

w moich zaciśniętych dłoniach złoto zachodzi czernią
i krew pochłania błękit
i nisko na ziemi
- jak ciało moje do twego -
przywiera moje niebo

W obu przytoczonych erotykach dostrzegam złoża gromadzonych z pokolenia na pokolenie doświadczeń wrażliwości kobiecej. Stanowią one u Poświatowskiej konkret liryczny najcenniejszy aczkolwiek nie skrystalizowany jeszcze do końca; na co wskazuje drugi z tych wierszy, który wybrałem umyślnie, ponieważ zarysowują się w nim dalsze perspektywy tej poezji - pomijając inne utwory, wykończone już, gdzie delikatnością i oszczędnością wyrazu autorka zbliża się do Eluarda ("rozstanie jest ptakiem", "znowu pragnę ciemnej miłości", to rzadkie u nas pod względem wysokiej sublimacji pojęć osiągnięcia w domenie erotyku.)
Nie skrystalizowany, chwilami nawet naiwny i banalny: niemniej należy darować Poświatowskiej te lub owe potknięcia z uwagi na niewątpliwą głębinowość wyrażanych przez nią wzruszeń, dzięki której da się ścierpieć i "gwiazdy oczu", i wzmianki o zabiegach kosmetycznych (lakierowanie paznokci, malowanie rzęs) życiowo zapewne koniecznych, ale zbędnych w tych okruchach swoistej pieśni nad pieśniami. Bo przecież istota sprawy polega na tym, że od Hymnu bałwochwalczego do Ody obserwujemy proces coraz skuteczniejszego oczyszczania się z "literatury przedmiotu": od rekwizytów symboliki erotycznej (Heloiza - wiersze o niej są skądinąd bardzo ładne, Wenus, Izolda) poetka dąży in medias res, czyli do surowych, nagich monologów na temat miłości i jej dualizmu, na temat nierozłącznej pary Eros-Thanatos. Stąd nieustanny zachwyt i nieustanna trwoga nie ustępujące z wynurzeń Poświatowskiej i stąd tendencja do uwiecznienia się poprzez miłość w sferach pozaziemskich, zdrada kochanków cielesnych na rzecz mistycznych: jednorożec, Anioł, samotność. Ale ci mistyczni też są kłopotliwi: jednorożca mogła dosiąść tylko dziewica, romanse z aniołami kończyły się dla ludzi raczej fatalnie, o czym uwiadamia nie tylko Stary Testament. W tym zaś wypadku wygrywa egotyzm, monolog - czyli apostrofa do mnie samej obecnej, będąca ex definitione zaprzeczeniem apostrofy, jako figury retorycznej kierowanej pod adresem osób nieobecnych lub abstrakcyjnych. I tu w liryce Poświatowskiej zachodzi zwrot ciekawy i znamienny: usiłuje przerwać krąg samotności, poetka zrywa z sobą-wysublimowaną, zakochaną w bytach idealnych i powraca do siebie-cielesnej, pisze Odę do rąk, hymn do materii dotykalnej i dotykającej, hymn do zmysłu, dzięki któremu zatraca się "przestrzeń dzielącą istnienie od istnienia i niebo od ziemi".
A więc  m y ś l e n i e   r ę k a m i, ów bezpośredni kontakt z materią, którego winien szukać każdy artysta. W liryce określa się to postawą intelektualną, czyli zaangażowaniem, które u Poświatowskiej określa się z kolei terminem: erotyzm. Nie myślcie, że chodzi jej o pisanie wierszy miłosnych, bo takich mieliśmy wiele. Poświatowska otworzyła swoją lirykę dla spraw mrocznych i eksplorowanych u nas jak dotąd prawie wyłącznie na powierzchni. Spróbowała uchylić zasłony, za którą toczy się gra miłości i śmierci.


1 - miejsca zaznaczone gwiazdkami oznaczają nieczytelny oryginał (przypis www.koniczynka.prv.pl)

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
© 2017 http://www.koniczynka.art.pl/
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.
 
Professionelle Joomla Templates - kostenlos