Co nowego arrow Artykuły arrow (1967) Gazeta Częstochowska nr 43: "Pożegnanie Poetki" - Tadeusz Gierymski

Migawki

(1967) Gazeta Częstochowska nr 43: "Pożegnanie Poetki" - Tadeusz Gierymski

      Któregoś dnia, a było to bodajże pod koniec 1956 roku, do redakcji przybyła kobieta z kilkoma brulionami wierszy swej córki. Z niezdecydowaniem wziąłem je do ręki. Jak wiadomo, ci, którzy starają się "upłynnić" tego rodzaju artykuł, nie przez każdą redakcję przyjmowani są z otwartymi ramiona mi Był to zresztą czas owej erupcji poetyckiej, która do dzisiaj gnębi chyba pisma i w większości wypadków, wypełnia... redakcyjne kosze. Nic zgubniejszego bowiem nad przeświadczenie, że Ars Poetica wymaga wyłącznie zastruganego ołówka (dziś - długopisu) i kartki papieru. Coś podobnego myślałem przyjmując bruliony.
Kobieta powiedziała mi nadto, że córka sama przyjść nie mogła z powodu choroby, jakiejś chronicznej niedomogi serca. Młoda dziewczyna, najczęściej przykuta do łóżka, nudzi się, ergo pisze wiersze. Jest jednak poważnie chora. W takich wypadkach ludzki odruch - to współczucie. Zadecydowałem, jak to się mówi, a priori, że cośkolwiek, choćby to było całkiem złe, wydrukować trzeba. Potem dopiero otworzyłem zeszyt, jeden, drugi, trzeci... Nie były to rewelacje poetyckie, to prawda. Wiersze znalazłem jeszcze bardzo "młode", niektóre zupełnie nieudolne, ale tu i tam błysnęła jakaś grudka złota. W sumie różniły się in plus od tuzinkowej produkcji, o której myślałem zabierając się do czytania.
Zamieściliśmy kilka utworów w najbliższym numerze "Gazety". Autorkę poznałem dopiero po kilku tygodniach. Weszła szczupła, jasnowłosa dziewczyna, w ciemnoniebieskim palcie (dlaczego takie nieistotne szczegóły tkwią latami w pamięci?). Rozmowa potoczyła się, naturalnie, o poezji. Była długa i żarliwa. Zgadzaliśmy się lub nie. Dziewczyna miała swoje zdanie, od którego nie odstępowała. A że przyniosła ze sobą nowe wiersze - zacząłem je głośno czytać. Autorce nie podobała się widocznie moja interpretacja, gdyż gwałtownie i nieomal obcesowo (była zawsze taka) wyjęła mi kartkę z ręki. Wiersz odczytała po swojemu, mniej płynnie, bardziej rwąco, arytmicznie.
Zresztą, czy u Poświatowskiej nie dosłyszy czytelnik tego zakłóconego rytmu serca? Zapewne, ex post nie trudno być prorokiem, ale w pogańskiej poezji Zmarłej znać ów pośpiech i ptasi wyścig ze śmiercią; szybki oddech kogoś, kto świadomy jest porcelanowości życia.
Ta, tak bardzo osobista, okolicznościowa (tak myślę, bo wiem) poezja poświęcona jest przede wszystkim miłości. Mało: powiedziałbym, że każdy wiersz pulsuje różowym ale czystym erotyzmem. Drapieżne uwielbienie życia, tym bardziej że w każdej chwili może zniknąć.
Potem widzieliśmy się z Haliną Poświatowską jeszcze wiele razy. Bardzo szybko dojrzała jako artystka. A kiedy już sięgam do wspomnień... Tkwi w mojej pamięci jeden późnojesienny wieczór. Poszliśmy do "Sielanki", w której zbierało się w owe czasy nasze pokolenie na "nocne rodaków rozmowy". Halina przeżywała wtedy kryzys choroby. Mogła iść tylko dzięki mojej pomocy. Oglądaliśmy jakiś amatorski występ estradowy. Zaczęła mówić o swoim najskrytszym pragnieniu. Zwierzyła mi się, że marzy o napisaniu dramatu. Nie wiem, czy kiedykolwiek zabrała się do niego.
Na tej kilkutygodniowej znajomości właściwie kończy się mój osobisty kontakt z Poetką. Wyjechała do Krakowa, stąd jeszcze otrzymałem pocztówkę, jakby ostatnie słowo pożegnania. Z satysfakcją znalazłem wkrótce wiersz jej w "Życie Literackim". Potem w innych pismach. Niektórzy mieli jej za złe, że jakby zapomniała o naszej redakcji. Ale to chyba nie ma większego znaczenia. Stała się przecież autentyczną poetką - i skazanym na śmierć, a tak kochającym życie człowiekiem.
Tragiczny koniec odsunął na lat kilka wyjazd do Stanów Zjednoczonych., gdzie poddała się niezwykle niebezpiecznej operacji serca. Nie miała jednak wyboru. Przywiozła stamtąd trochę zdrowia i "amerykańskie" wiersze o nieco apokaliptycznej wizji Nowego Świata. W kraju zdążyła wydać jeszcze jeden tomik poezji oraz tom prozy.
I oto przyszła śmierć.
Wobec której jesteśmy zawsze okrutnie bezradni.
Odeszła, jak mówiła w jednym ze swoich pierwszych wierszy, tam, "gdzie zamykają się wszystkie drogi, gdzie nie ma nawet nicości".
Ale wśród nas żyła bardzo intensywnie.
Myślę, że w Jej krótkim życiu - zmieściłoby się kilka anemicznych, ostrożnych żywotów.

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
© 2017 http://www.koniczynka.art.pl/
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.
 
Professionelle Joomla Templates - kostenlos