Co nowego arrow Artykuły arrow (1967) Życie Warszawy nr 67: "Mówiące serce" - Krzysztof Mętrak

Migawki

(1967) Życie Warszawy nr 67: "Mówiące serce" - Krzysztof Mętrak

Potyczki z młodą literaturą - Halina Poświatowska


Nadtytuł mojego felietonu jest dziś, wyznaję ze skruchą, trochę niestosowny. Nie można potykać się z ludzkim nieszczęściem. O książce, którą chcę tutaj przedstawić, nie można bowiem mówić, nie mając w pamięci biografii ludzkiej jej autorki, biografii, w której jest piekło i niebo. Wprawdzie właśnie wydana "Opowieść dla przyjaciela" Haliny Poświatowskiej jest nieomal pamiętnikiem i czytelnik odczytywać może z niej sam koleje losu autorki, dobrze jest jednak przystępować do tej lektury - a gorąco do niej zachęcam - z odrobiną wiedzy o genezie jej powstania. Nie chcę w ten sposób wzbudzać współczucia ewentualnych czytelników. Jest ono być może potrzebne autorce jako człowiekowi, nie jest natomiast na miejscu w stosunku do pisarki. Książka broni się sama jako zjawisko artystyczne, biografia zaś pomaga tylko w zrozumieniu jej emocjonalnych i psychicznych treści. Więc dobrze, opowiem.

Halina Poświatowska jest rodowitą częstochowianką. Dała się poznać - szerszej publiczności literackiej jako autorka, w tej chwili już kilku, tomików wierszy. Cierpiała na wrodzoną chorobę serca (może specjalistom to coś powie: niewyrównana niedomykalność zastawki dwudzielnej powstała na skutek zmian o charakterze reumatycznym) i operacji nie był w stanie się podjąć żaden polski specjalista. W roku 1958 - dzięki pomocy finansowej Polonii Amerykańskiej - wyjechała do Stanów Zjednoczonych, gdzie w Filadelfii poddano ją skomplikowanej operacji, przy której prawdopodobieństwo przeżycia liczy się w jakichś nikłych procentach. Przebieg 7-godzinnej operacji transmitowała telewizja nowojorska. Wysiłek lekarzy był w tym przypadku owocny i Poświatowska po długiej rekonwalescencji wróciła do normalnego życia. Przebywała w Stanach lat kilka, potem wróciła do Krakowa, dalej pisała wiersze odznaczające się fascynującym ekshibicjonizmem duchowym, bo trzeba też wiedzieć, że jest to jedna z najmniej wstydliwych, w sensie erotycznym, poetek polskich.
Właśnie o swojej podróży do USA napisała książkę, o której wspomniałem, adresując ją do wyimaginowanego przyjaciela, także poety. Ta książka pulsuje chorobą. Razem z autorką dostajemy ataków duszności, mimowolnie sprawdzamy miarową pracę swego serca. To jest książka poza filozofią: filozofować można, jeśli się ma zdrowe ciało. Tymczasem świat jest inny, jeśli nie możemy przyśpieszyć kroku, bo dostajemy zadyszki.
Człowiek chory patrzy na rzeczywistość uproszczoną zawsze czarno-białą. Dla niego świat dzieli się na: chore "ja" i zdrową "resztę". Wszystko co zdrowe, jest już piękne, wzniosłe, uczuciowe. Tak świat w uproszczeniu kreuje książka Poświatowskiej. Jest to pensjonarska opowieść, która strona po stronie, zdanie po zdaniu, ociera się o ostateczność: o śmierć. Pensjonarskość zostaje podniesiona do rangi eschatologii. Rzecz pisana jest w pierwszej osobie liczby pojedynczej, i to "ja" wdziera się nam przemocą w świadomość Choroba bowiem bardziej skazuje na samotność, niż cokolwiek innego. Z natury choroby wynika samotność. Świat ludzki kurczy się do wymiarów własnego ciała. Zatraca się kategoria przestrzeni. Ale z książki tej, idącej śladami życia kruchego i uproszczonego, odczytać można intensywne życie psychiczne, pełne drobnoustrojów uczuciowych. Rytm serca - pisze w zakończeniu autorka - to jest właśnie rytm tej książki.

Pesymistyczna - powiedział mi jeden z najbardziej zasłużonych księgarzy warszawskich. Ale - przekonuje nas ta książka - pojęcie to nie ma większego znaczenia, jeśli wypowiada je człowiek zdrowy i nie chciałbym, żeby topór "pesymizmu" zatłukł tę prawdziwą książeczkę. Nie czuję się kompetentny, aby oceniać debiut prozatorski Poświatowskiej od strony literackiej. Oschłość serca nie jest moją silną stroną. Mogę tę książkę czytać jedynie jako dokument ludzkiego cierpienia niezawinionego.

Coraz więcej w literaturze takich książek, które chcą zapisać tylko to, co autor przeżył intensywnie, tak intensywnie jak przeżywa się śmierć najbliższych. Są to utwory pisane w gorączce emocjonalnej, stanowią zapis z czyjegoś istnienia. To znaczy z życia kogoś takiego jak ja ty, on. Literatura sięga w tych dokumentach swoich źródeł. Bo najgłębszym źródłem, z którego wypływa, jest potrzeba wyrażenia niepowtarzalności własnego istnienia. Żeby stać się wielką, musi literatura spełniać więcej warunków, niż ten jeden elementarny. Ale czy zawsze wielkość w literaturze jest najważniejsza?
Pamiętajmy więc wybierając swoje lektury, także i o książkach, które może nie czynią nas mądrzejszymi, nie informują o tym i owym, ale czynią bardziej uczulonymi na ludzkie cierpienie. Jeśli nawet niewiele obchodzi Was literatura jako taka, pamiętajcie, że istnieją gdzieś serca ludzkie, które mówią.

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
© 2017 http://www.koniczynka.art.pl/
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.
 
Professionelle Joomla Templates - kostenlos