Co nowego arrow Artykuły arrow (1967) Kultura nr 44: "Krzywda" - Stanisław Grochowiak

Migawki

(1967) Kultura nr 44: "Krzywda" - Stanisław Grochowiak

      Chodziliśmy po ciemnych listopadowych plantach. W powietrzu unosiła się wilgoć i ostry zapach butwiejącego listowia. W oknach domów zapaliły się kielichy różowych abażurów. Kraków wchodził w swój dostały jesienny wieczór. Przechodziliśmy koło gazowej latarni. Blade światło wskoczyło na twarz Haliny, objawiło mokry listek w Jej pięknych kasztanowych włosach. Mówiła. Śmiała się swoim wysokim, trochę groźnym śmiechem, w którym było tyle autoironii, ile głęboko ukrytej goryczy. Słuchając Jej pospiesznego monologu o nieważności strachu, a równocześnie oglądając tę szczupłą naznaczoną wiecznym skupieniem twarz pomyślałem, że oto staję naprzeciw człowieka, któremu nikt i nigdy nie ma prawa wyrządzić krzywdy. W niespełna rok później największą krzywdę wyrządziła Halinie śmierć.
To zdumiewające, jak ta dziewczyna pisząca wiersze, kochała i szanowała życie. Pierwszy tom poezji, który wydała, nazywał się "Hymn bałwochwalczy". Zawarły się w tym tytule tęsknota, zachwyt i posępna samowiedza. Jej miłość do życia miała w sobie coś istotnie religijnego, była to przecież religia niedozwolona, z góry skazana na niewdzięczność i brak łaski, religia bałwochwalcza. Oto kobieta, której każde żywsze poruszenie serca groziło śmiercią, wielbiła miłość nieposkromioną, zmysłową, cielesną. Oto człowiek, który zrządzeniem absurdalnego wyroku był całym sobą obrócony w krainę cienia, pozostawił za sobą smugę światła: poezję kropel rosy rozsypanych na włosach, rozkruszonego zioła w wądole dłoni, ptaka i obłoku.
Targowała się ze śmiercią nie tylko w poezji. Tuż po dramatycznej operacji serca, którą przeżyła w Stanach Zjednoczonych, znalazła w sobie tyle uporu i nadziei aby rozpocząć studia filozoficzne na amerykańskim uniwersytecie. Po powrocie do kraju uzyskuje tytuł magistra filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Uczy się języków, przygotowuje pracę doktorską. Z moich przelotnych pobytów w Jej krakowskim mieszkaniu pamiętam Ją przede wszystkim jako dziewczynę z książką w ręku. Trochę mnie to niepokoiło, bałem się - jakże niesłusznie - że nadmiar nagromadzonej wiedzy przeobrazi Ją, urzekającą kobietę i poetkę, w typ zgorzkniałej sawantki. A przecież była w tym wiara i rozpacz: wierzyła, że jeśli nic innego Jej nie uratuje, to przynajmniej uczciwość losu. Jakże ma pójść na marne taki wkład pracy i dobrej woli? Kto się ośmieli potargać te nici, które rozprzędła między sobą i życiem?
Nie wiem, czy w głębi serca była przekonana o sukcesie, wiem, że przekonała innych - nas wszystkich: rodzinę, przyjaciół, kolegów. Otrzymałem wiadomość o Jej śmierci późno, kilka dni po pogrzebie. Nie mogę za to nikogo winić. Jestem przekonany, że zwłoka w udzieleniu mi tej wiadomości wynikała z osłupienia, z owej niemocy, która nas ogarnia, kiedy stajemy wobec czegoś niewiarygodnego. I to jest chyba jej smutny sukces: nie mogąc pozostać wśród żywych, przynajmniej śmierć swą uczyniła niewiarygodną.

Pozostawiła po sobie wielki smutek - nie ten, żałobny, który mija z opadnięciem ostatnich liści z cmentarnego wieńca, nie ten, uroczysty, który przywdziewamy na twarze w warcie honorowej przy trumnie poety, ale ten, który nas postarza, który odsłania nam pochmurne dziedziny naszego wspólnego losu.

W liście, jaki otrzymałem od Margosi, ukochanej siostry Haliny, Margosia pisze: "Ogromnie chciałabym, żeby przez jeszcze trochę ludzie pamiętali o Niej".
Przez jeszcze trochę -



Halina Poświatowska


***
kiedyś przyjdzie wielki pogodzenie
z półką na książki
z obrazem
(światło elektryczne - maleńki cud wyobraźni)

kiedyś przyjdzie wielkie zaspokojenie
głodu rąk i nóg
(moje stopy jeszcze ciągle bezczynne
po kostki zanurzone w filozofii)

i będzie cisza wielka
jak gdyby we wszystkich orkiestrach
umarły bębny
na anewryzm gwałtownego serca


***
miłosierni byli Scytowie
gdy umarł król
udusili wstążką jego ulubioną nałożnicę
i jej martwe ciało
rzucili na stos
zmieszały się jej włosy
z popiołem jego rąk
jej drobne zęby
z popiołem jego ust
a kiedy żar pociemniał
zebrali ciepły popiół
i pochowali wszystek
w obszernej skrzyni
rzeźbionej w trawy i kwiaty
w których zamieszkał wiatr


Dytyramb
ile jeszcze nas zniesiesz
cierpliwa ulico
pod ile stóp szalonych położysz się - wieczna

czas osiada na tobie suchą warstwą pyłu
zamiataną codziennie

znam stróża z przeciwka
on wyrwał sobie skrzydła
by sporządzić miotłę

i kiedy moje serce drętwieje o północy
słyszę szum
w obrocie wstrzymywanej ziemi


***
zazielenił się chodnik haftowany w kwiaty
i Kant jest jak rzodkiewki świeży i pachnący
rozgryzam miąższ i na języku czuję
smak ostry argumentu

połykam filozofię
ktoś ostrzegał
że mądrość należy przeżuwać na pojedyncze włókna
haustami piję miłość
a gdy trzeba
mam więcej łez niż ocean

biel - alchemia mydła i wody
zieleń - splątane nerwy łodyg
w obydwu zaciśniętych dłoniach trzymam świat niepojęty
a tymczasem za oknem świt wzbiera jak rzeka
i na rynku stragany w niebo wstępują rzędem


Maj
z czarnego cylindra
wyciąga garście kwiatów
coraz zieleniej
planty
obejmują miasto Kraków

a w mieście siostra
nieduża wąska
garście uśmiechów zawiesza
na brunatnych gałązkach
coraz zieleniej
coraz tkliwiej

mężczyźni przystają
odurzone milkną ptaki
i deszcz
tak się w jej oczy zagapił
że spadł
bo myślał że to niebo

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
© 2017 http://www.koniczynka.art.pl/
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.
 
Professionelle Joomla Templates - kostenlos