Co nowego arrow Artykuły arrow (1968) Poglądy nr 13: "Poezja - owoc miłości" - Michał Sprusiński

Migawki

(1968) Poglądy nr 13: "Poezja - owoc miłości" - Michał Sprusiński

      ROZPOCZYNA się ta poezja pensjonarskimi zachwytami, sentymentalnym uniesieniem nad "szalonym", "drapieżnym", "niezwykłym" światem, fascynacją oglądaną w słoneczny dzień, urodą życia. Autorka owych wierszy czytała Różewicza i właśnie różewiczowską - tak zdradliwą dla debiutantów - formę wypowiedzi wybrała. Już jednak dalsze strofy "Hymnu bałwochwalczego" ukazywały nie wrażliwą pensjonarkę, lecz autentyczną poetkę mówiącą bezpośrednio we własny, niepowtarzalny sposób o miłości i erotyce.
Śmiałość erotyczna nie była nigdy cnotą główną naszej liryki, nierównie częściej wiktoriańsko pruderyjnej, niż odważającej się na słowo bodaj o cielesnej istocie miłości. Debiut Poświatowskiej zaskakiwał więc ośmieleniem erotycznym, które zyskało pełny artystyczny wyraz, gdyż młoda poetka ujawniła zaskakującą dojrzałą kulturę literacką, pozwalającą penetrować sferę intymności szczerze i prawdziwie. "Taktem, kulturą erotyki Poświatowskiej jest jej kult miłości. Uczucie to stanowi w tej poezji próbę człowieczeństwa. Nie zna wstydu ciała, nie zna fałszu. Jest znów, jak było u Baczyńskiego, jak jest u Herberta - sprawą wierności" pisał Jerzy Kwiatkowski o jej niezwykłym listowniku lirycznym.


HALINA POŚWIATOWSKA (1935-1967). Studiowała filozofię i pisała w Krakowie. Debiutowała "Hymnem bałwochwalczym" (1958), potem wydała jeszcze dwa zbiory poezji ("Dzień dzisiejszy" 1963, "Oda do rąk" 1966), oraz tomy prozy wspomnieniowej "Opowieść dla przyjaciela" (1967).


Treść poetyckich wyznań nie zmieniła się zasadniczo w strofach "Dnia dzisiejszego". Słowa Paula Eluarda "Miłość potrzebuje miłości - odbicia w posrebrzanym tle", które znalazły się wśród przekładów zamykających drugi tomik krakowskiej poetki, mogłyby być mottem zawartych w nim wyznań. Miłość stanowiła miarę najwyższą, bez niej poetycki świat Poświatowskiej stawał się pusty i jałowy. Tylko migotliwie w owej rzeczywistości naznaczonej uczuciem, kadencjami powrotów i rozstań, pojawiała się smuga cienia. I wówczas jednak wyznanie: "osaczony złą wodą / statek mojego serca / skręca na morze północne" - wieńczące wierszowy dyskurs, zdawało się zawierać tylko lapidarną formułę rozstania, znak złych przeczuć nadchodzącej samotności, było zaś świadectwem tragicznych zmagań, jakie przez całe życie wiodła poetka.
"Czuję jak w mojej piersi delikatnie uderza najczulszy z wszystkich odmierzających czas instrumentów - serce. Jest ciągle jeszcze słabe, ale bije dzielnie i z wielką cierpliwością przetacza ciepłą krew. Czy słowa potrafią mnie bronić lepiej niż cisza, czy słowami można jeszcze cokolwiek powiedzieć? Szukałam ich z trudem, każde oglądałam wiele razy, przymierzałam do nich moją miłość, mój ból. Pragnienie przymierzałam do wyrazu pragnienia i dla mojej największej miłości - dla życia poszukiwałam najpiękniejszych określeń". Tak zamyka Poświatowska swoją "Opowieść dla przyjaciela". Niezwykle skomplikowana, udana operacja oddaliła od niej nieustannie zagrażająca śmierć. Po kilku latach przyszedł nowy kryzys - ostatni tomik wierszy, który niebawem ukaże się nakładem "Wydawnictwa Literackiego" nie trafi już do rąk poetki, która jeszcze przed kilkunastoma miesiącami zwierzała się: "wąska nić świtu / coraz częściej bieleje w moich dwudziestu ośmiu latach / ostatnie cztery lata spędziłam nad filozofią / chciałam rozwiązać zagadkę bytu / lecz to co mi pokazano / to nie było drzewo ani ciało / to były słowa słowa słowa".
Poświatowska studiowała filozofię - pracując jako asystentka na Jagiellońskiej Wszechnicy przygotowywała pracę doktorską. I może owa dociekliwość właściwa rozwiązywaniu problemów "zagadki bytu" sprzymierzona z fascynacją światem, ze stanowczą "odmową śmierci" sprawiły, iż jej liryka zyskiwała coraz bogatszy wyraz, w którym zmysłowe przeżycia i refleksja intelektualna wzbogacały się wzajemnie. Autorka "Dnia dzisiejszego" i "Ody do rąk" już w debiucie porzuciła konwencje tzw. liryki kobiecej - liryki powierzchownych olśnień i wtajemniczeń. Miłość nie była dla niej nigdy krainą sielankowych wzruszeń i pięknych sentymentów. Rozumiała ja jako krąg wtajemniczenia, w którym ustala się pełną miarą człowieczej odpowiedzialności: krąg solidarności i samotności, pożegnań i powrotów. Jest, zwłaszcza w ostatnich wierszach Poświatowskiej, tonacja szczególna - tonacja "Pieśni nad pieśniami", wołanie o powrót miłości podejmowane w litanijnych, dramatycznych refrenach.
Monologi liryczne w chwili debiutu będące żywiołowym "hymnem bałwochwalczym" na cześć owego ocalającego i scalającego uczucia stały się w "Dniu dzisiejszym" wyrazem "powszedniego dnia miłości", w "Odzie do rąk" - wyznaniem nieustępliwej wiary w moc poetyckiego słowa: "słowami / skarżę się z moich udręczeń / jak gdyby liryka była kluczem / którym można by otworzyć / zatrzaśnięty przed wiekami raj". Zastanawiając się nad psychologią miłości, zamykając w klamrach monologów coraz pełniejszą wiedzę o istocie "pięknego zmęczenia" jaką ona przynosi, zachowywała Poświatowska całą bezpośredniość poetyckiego wyrazu. Jej wiersze znamionowała naturalność. Pozorna spontaniczność była jednak wynikiem precyzyjnej realizacji zamysłów twórczych. Poetka starała się wrażeniom i refleksjom nadać wymiar szerszy, uniwersalny, nie zatracając osobowej, intymnej perspektywy. I rzadko tylko ponosiła porażki. Umiała bowiem wykorzystując konwencje wypowiedzi, które zostały upowszechnione dopiero w ostatnim dwudziestoleciu, zachować lapidarną ich wyrazistość. Jej celem nie była nowocześnie "ogładzona" poezja popularna, tak się mająca do liryki pierwszej gildii, jak cepeliowski falsyfikat do wartościowego oryginału ludowej sztuki. W twórczości widziała działanie konieczne i taki też   k o n i e c z n y   kształt nadawała jego literze. "Prawdziwy wiersz to owoc natury" powiada Alain. Poezja to owoc miłości - wyznawała swym dziełem Poświatowska.


Przypominam

jeśli umrzesz
nie włożę sukienki lila
nie kupię kolorowych wieńców
z rozszeptanym wiatrem we wstążkach
nic z tego
nic

przyjedzie karawan - przyjedzie
odjedzie karawan - odjedzie
będę w oknie stała - patrzyła
będę ręką machała
chustką wiewała
żegnała
w tym oknie sama

a w lato
w szalonym maju
położę się na trawie
na ciepłej
i rękoma dotknę twoich włosów
i ustami dotknę futra pszczoły
kąśliwej pięknej
jak twój uśmiech
jak zmierzch

potem będzie
srebro - złoto
może złoto i tylko czerwono
bo ten zmierzch
ten wiatr
który trawom wyszeptuje uparcie
miłość - miłość
nie pozwoli mi wstać
i pójść
tak zwyczajnie
do przeklęcie pustego pokoju

(wiersz z tomu "Hymn bałwochwalczy" 1958)

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
© 2017 http://www.koniczynka.art.pl/
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.
 
Professionelle Joomla Templates - kostenlos