Co nowego arrow Artykuły arrow 1968 - Życie Literackie nr 46: "Znajomy z Kotoru" - Halina Poświatowska

Migawki

1968 - Życie Literackie nr 46: "Znajomy z Kotoru" - Halina Poświatowska

      Tę niezwykłą historię opowiedział na mój przyjaciel paryski w jeden z pochmurnych listopadowych wieczorów. Biegliśmy właśnie bulwarem Saint Michel, od Sekwany wiał zimny wiatr, wiatr coraz silniejszy, kiedy moją uwagę przyciągnął kłaniający się nam człowiek. Dokładniej: kłaniający się przyjacielowi; mimo szczerych chęci nie mogłem przypomnieć sobie, aby mi była znajoma ta sylwetka - wysoka, zgarbiona, jak gdyby pod fizycznym ciężarem, ten ubiór zaniedbany i niestosowny na tę, bodaj najzimniejszą w Paryżu, porę roku. Człowiek, który zwrócił moją uwagę, nie tylko nie miał na sobie płaszcza, ale najwyraźniej nie posiadał także koszuli. - Pytasz, skąd znam tego człowieka? Wstąpmy na róg napić się czerwonego wina i jeśli chcesz, to opowiem ci tę historię. W sam raz dobra na taki psi czas. Deszcz wisi w powietrzu i za chwilę będziemy mieli ładną ulewę. Wiatr coraz silniejszy. Pospieszmy się, zanim przewidujący nie zajmą wszystkich miejsc. - Poznałem go... ale to potrwa chwilę, wolałbym, abyś zdjął płaszcz, usiadł wygodnie...

Sierpień, to był sierpień, gorący, dalmatyński... Popatrz w okno, widzisz, jak siecze zakosami... A teraz pomyśl o wielkim tańcu dalmatyńskim, które jest zaprzeczeniem wszystkich paryskich listopadów. O wszechobecnym, życiodajnym, mniejsza o komplet jego funkcji, mnie potrzebne są tylko dwie, ciepło i światło. Wyobraź sobie plac w słońcu, ciemnawe wnętrze restauracji z jasnym prostokątem otwartych drzwi. Stanęli właśnie w progu odcinając dostęp światłu. Spojrzałem na nich... Najpierw popatrzyłem na dziewczynę, powiesz, to zrozumiałe, niedługo wszakże, tylko tyle, ile było potrzeba, aby zauważyć, jak była szczupła i jak mocno jej wąska sylwetka gięła się w kierunku tej drugiej - męskiej. Spojrzałem na niego, przypatrywałem mu się chciwie, dokładnie, musiałem mu się przyjrzeć On, widzisz, nie był ani młody, ani szczupły, był duży, masywny, ona przy nim wyglądała jak dziecko. Siwe włosy, dobrze już przerzedzone, kędzierzawiły mu się na skroniach, twarz miał dużą, pełną, o szeroko rozstawionych kościach policzkowych, o nosie z lekka spłaszczonym i jasnych brwiach. Zmrużonymi oczyma nienawykłymi do mroku przeszukiwał salę... Muszę ci wyznać, że zainteresowała mnie ta twarz. Nie, nie wynika to z perwersji moich zainteresowań, ja także wolę oglądać kobiety, on jednak wzbudził moją ciekawość poprzez - nazwałbym to - kontrast. Nie powiedziałem ci jeszcze, że ta przy nim mała - była ładna. Była ładna i młoda. Stojąc tak w progu oparta o jego ramię sprawiała wrażenie dziecka. Dopiero potem, po dokładniejszej obserwacji, doszedłem do wniosku, że mogła mieć dwadzieścia siedem, osiem lat... Wyglądała młodziej przy nim.
Nagle ruszyli naprzód i omijając rzędy zajętych stolików zbliżyli się do mnie. Pochylił się nade mną i wtedy zauważyłem, jak przedziwnie niebieskie były jego oczy. Patrzył z łagodnością i dobrocią, ale w jego spojrzeniu było coś znacznie więcej, naiwna ufność, ufność, której nie sposób było się sprzeniewierzyć. Uśmiechnął się do mnie, i wbrew sobie, pod wpływem zapewne jego przezroczystego spojrzenia - pohamowałem wzruszenie ramion - przyjaznym gestem zaprosiłem ich do mego stolika. Skąd u diabła odgadł, że jestem Francuzem - nie wiem. Faktem jest, że przemówił do mnie po francusku. Jego francuszczyzna roiła się od błędów i była pełna nieznośnego dla moich uszu patosu, akcentował przy tym silnie ostatnie sylaby - za bieg wystarczający, aby zniekształcić każdy cywilizowany język. Usiedli, on usiłował podtrzymać jej krzesło, zanim jednak dotknął poręczy, ona usiadła już i podnosząc ku niemu głowę szepnęła coś, co brzmiało jak: - dziękuję - czy - nie trzeba. - Mówili jakimś językiem słowiańskim, ale to nie był serbski, do którego przywykłem, z którym już podczas dwutygodniowego pobytu w Dalmacji oswoiłem się, który - ba - zacząłem nawet rozumieć. No, przesadzam nieco, rozumieć to zbyt wiele, odgadywałem jednak znaczenie takich słów, jak: dziękuję, przepraszam, proszę, czarne wino, nie trzeba, tylko... Tego ostatniego wyrazu wyuczyłem się pracowicie, kiedy włodarze pomniejszych jadłodajni usiłowali wmówić we mnie wszystko, co posiadali, jako dodatek do zamówionej przeze mnie potrawy. Nauczyłem się żądać: tylko wino, tylko befsztyk, tylko parówki, tylko, tylko, tylko, a gdy proponowano mi dalmatyńskie specjały, mówiłem zdecydowanie dziękuję i nie trzeba. Przysłuchiwałem się więc z uwagą dźwiękom, które nie były dla mnie obce, w których jednakże nie potrafiłem rozpoznać ani jednego ze znanych mi słów, zastanawiałem się nad ich etymologią, zanim jednak zdążyłem zebrać myśli, on zwrócił się do mnie z tym swoim ufnym uśmiechem - powiedział: - Jesteśmy Polakami... Ona spojrzała szybko, spłoszona. Przemknęła oczyma po mojej twarzy i mógłbym przysiąc, że nie zauważyła mnie nawet. Gdyby ją ktoś zapytał, jak wyglądam - nie mogłaby odpowiedzieć. Jestem pewien, że nie dostrzegła tego, że byłem niewiele starszy od niej, młodszy może... Z bliska jej twarz nosiła ślady lekkiego zmęczenia, które postarzało ją w sposób nieuchwytny; błękitne cienie pod dużymi oczyma, dwie małe kreski obok kącików ust - jej wargi poruszały się lekko, mówiła. On uśmiechnął się do niej, wstał, z sąsiedniego stolika przyniósł jadłospis, położył go przed nią. Czytała głośno, szybko, zachłannie. Zadawała mu pytania i żądała tłumaczenia. Musiał znać barbarzyński język Serbów, bo tłumaczył biegle i po chwili z tym samym rozbrajającym uśmiechem zwrócił się do kelnerki. Jego słowa miały siłę zniewalającą, bo senna i jak zdążyłem zauważyć, mrukliwa raczej dziewczyna odpowiedziała mu promiennym uśmiechem i pobiegła do kuchni. Na ceratowym blacie stołu, poplamionym papryką i oliwą, leżały jej drobne ręce o równo przyciętych różowych paznokciach Patrzył na nie jak urzeczony, a potem dotknął lekko tej, która leżała bliżej niego. I wtedy zauważyłem, jak pod wpływem tego lękliwego dotknięcia ręka ożyła, otwarła się, żeby wszystkimi pięcioma palcami przywrzeć mocno i ściśle do jego dużej czworokątnej dłoni.

Jadła, nie, nie wiem co jadła, gryzła mięso drobnymi zębami i od czasu do czasu sięgała widelcem do jego talerza. Spoglądała na niego szeroko otwartymi oczyma, które mrużyły się od śmiechu, ilekroć on pochwycił jej spojrzenie. Jego duża twarz rozjaśniała się jakby od wewnątrz, odkładał na bok widelec, podpierał brodę rękoma i wpatrywał się w nią. Przy którymś z kolei manewrze niespodziewanie szybkim, kiedy to pochwyciła końcem widelca źdźbło kartofla leżące na skraju jego talerza, ujął talerz i przesunął w jej kierunku. Roześmiała się głośno i odsunęła talerz na dawne miejsce, odłożyła widelec, grzbietem dłoni wytarła usta i plecami oparła się o poręcz krzesła. Jeszcze śmiała się przekornie nasłuchując jego perswazji, zapewne była to perswazja, a potem odęła usta i pokręciła przecząco głową. W tym geście na pół dziecinnym na pół ptasim była rozkosznie młoda, młoda i ładna. Mężczyzna zapomniał kompletnie o obiedzie i przylgnął ustami do jej dłoni. Szepnął jej coś, co brzmiało jak pytanie, skinęła głową na znak zgody i wtedy zwrócił się do mnie. Swoją wytwornie niepoprawną francuszczyzną zapytał, usiłował zapytać, czy zechcę im dotrzymać towarzystwa w zjedzeniu ciastka. Tak, tak właśnie powiedział. - Czy potowarzyszy nam pan w zjedzeniu ciastka? - Napomknął coś jeszcze o mojej niezwykłej uprzejmości i o przyjemności, jaką im sprawię... Pohamowałem uśmiech i z całą powagą skłoniwszy się w stronę dziewczyny powiedziałem... Jeśli pani pozwoli? Spojrzała na mnie, nie jestem pewien, czy mnie dostrzegła, ale cień rumieńca przemknął przez jej twarz i z widocznym wysiłkiem wyjąkała po francusku. - Tak, nie, oczywiście... pan pójdzie z nami, nieprawda? Oczywiście, mademoiselle, ująłem jej rękę i podniosłem do ust. Spłoszona wyrwała mi rękę i odwróciła się do niego. Poszukała spojrzeniem jego oczu i przez moment ściągnięta twarz złagodniała w uśmiechu. Patrzył na nią z czułością i troską - taka była krucha i drobna przy nim. Przez chwilę usiłowałem wyobrazić sobie ją w rzeczywistości. Jakie są jej proporcje bez tego przytłaczającego tła, ale szybko dałem spokój. Wyrastał ponad nią, obok niej, przy niej, jego ręce szukające jej rąk, nie mogłem sobie wyobrazić jej oddzielnie od niego.

Udawałem, że lubię bakławę, udawaliśmy, ona i ja. Nareszcie byliśmy w czymś razem, konspirowaliśmy, ja mniej, ona bardziej nieudolnie. Drobiła ciastko na zupełnie małe okruchy, po czym zbierała je końcem widelca i kładła do ust. Być może ta zabawa zabijała gęsty smak kukurydzianego syropu. On pochłaniał już trzecie ciastko... - Jeszcze, pan pozwoli jeszcze? - Z przyjemnością - odparłem wbrew sobie i mój talerz zapełnił się nową porcją ociekającego syropem ciasta. Ona odmówiła ruchem głowy, wskazując jeszcze ciągle zajęty talerz. Jej metoda okazała się lepsza, skuteczniejsza, drobione ciastko wystarczało na dłużej i broniło przed inwazją następnych. Czwarte ciastko - dosyć. - Bakława - to wspaniała rzecz - błękit wniebowzięcia w jego oczach przeszedł w miękki odcień granatowoszary, a może to światło pociemniało w małym, wciśniętym w ciasną uliczkę sklepie. Byliśmy przecież w Kotorze, w mieście otoczonym starymi murami, o uliczkach nie szerszych niż dwa męskie rozpostarte ramiona.

Zażądała wina; rzuciła widelec na nie dojedzone ciastko, zerwała się z krzesła i powiedziała: Idziemy pić wino! Czy zechce pan wypić szklankę wina w naszym towarzystwie? - zapytał. Podniosłem się, aby pójść za nimi. Nawet na myśl mi nie przyszło, że mógłbym zostać teraz. Ten siwowłosy mężczyzna, jego szeroki uśmiech, jej śmiech spłoszony, lekki, jej kapryśne, zwinne ruchy. Co dalej, co będzie dalej, muszę wiedzieć więcej, zanim odejdą, zanim pozwolą mi odejść. Szedłem za nimi. Ona biegła przodem i zaglądała do każdego baru. Tu nie, i tu nie, z trzeciego baru, do którego weszła, płynęła muzyka i odgłosy przeciągłego śpiewu. Weszliśmy tam - siedziała naprzeciw młodego chłopca, który obejmując szklankę czerwonego wina - tak, takiego jak to, które w tej chwili stoi przed nami - śpiewał. Usiedliśmy obok. Zwróciła się z uśmiechem do swego towarzysza, ruchem podbródka wskazała śpiewającego, poprosiła o wino. Mężczyzna zawahał się, popatrzył na nią z troską, po czym wstał i pewnym krokiem podszedł do bufetu. Oparty o kontuar, profilem zwrócony w naszą stronę, pertraktował z małym ciemnookim barmanem o wydatnym nosie. Chłopiec śpiewał. Mężczyzna powrócił i wzrokiem pełnym kontemplacji przywarł do jego twarzy. Wtedy odgadłem. Ona słuchała dla niego. Nie tego, który śpiewał, ale dla niego słuchającego razem z nią. Czarnooki barman o ptasim nosie ustawił przed nami trzy mikroskopijne kieliszki. Skinęła głową, uniosła kieliszek w górę - i kiedy on, powtarzając jej gest, przybliżył swój kieliszek do jej kieliszka, potrącone szkło wydało lekki brzęk - dopiero wtedy umoczyła w winie ładnie zarysowane usta.
Nie wypiła wina. Poczekała, aż on wypije swoje, i zamieniła kieliszki. Chłopiec śpiewał coraz rozlewniej i mężczyzna słuchał w skupieniu. W gardłowym głosie przewijały się wschodnie motywy, wyrazy załamywały się w nostalgicznym zawodzeniu. Skończył, odstawił pustą szklankę, zasalutował w naszym kierunku, wyszedł. Wysączyłem powoli ostatnią kroplę ciężkiego słodkiego wina. Koniec, koniec. Wstała lekko i poszła ku drzwiom. On wyszedł za nią. Za nimi ja.
Tańczyła przed studnią - chwytała wodę w stulone dłonie, podbiegała do niego. Pochylał głowę i długo, powoli pił z jej rąk. Wspięta na palce podnosiła ręce wysoko, aż woda przelewała się poza obręb zwiniętych dłoni. Rozpryskiwała ją otwierając ręce i znowu biegła do studni. Mokrymi palcami zwilżyła mu czoło i policzki. Krople wody osiadły mu na zmierzwionych brwiach, dostały mu się do oczu, bo bezradnie mrugał powiekami. Tańcząc, wyciągnęła chusteczkę, wytarła mu twarz. Krzyknęła coś rozpościerając mokrą chusteczkę pod słońce, po czym wsunęła ją do kieszeni i znowu wróciła do niego, żeby palcami jeszcze wilgotnymi dotknąć jego twarzy. Przygładziła mu brwi, przeciągnęła dłonią po ustach, po szarzejącym zaroście podbródka. Wspięła się jeszcze raz na palce i objęła go za szyję. Zawieszona na nim, szeptała mu coś do ucha i dopiero pod łagodnym naciskiem jego dłoni osunęła się w dół, stanęła obok. On - jak gdyby do tej pory półświadomy mojej obecności - zwrócił do mnie swą szeroką twarz - i uśmiechając się zapytał: Pójdzie pan z nami do kościoła, prawda? W jego głosie była zniewalająca prośba. Skinąłem głową, działałem pod wpływem niezrozumiałego impulsu, w głowie mej nie powstała myśl, że mógłbym nie pójść. Dopiero potem, potem... teraz ciągle jeszcze byli mi niezbędni, a raczej to ja im byłem nieodzownie potrzebny. Ale i to zrozumiałem dopiero potem.

Wysoki rząd schodów. Podbiegła i przystanęła przed nimi, głowę przechyliła na bok. Wyglądała, jakby się dziwiła, liczyła może... Potem szybko odwróciła się w tył, popatrzyła na niego. W jej oczach był znowu wyraz popłochu. Pospieszył ku niej i ujął jej rękę. Uczynił taki gest, jak gdyby chciał ją podnieść, ale ona, rzuciwszy na mnie ukośne spojrzenie, wyrwała się jak krnąbrne dziecko. Nie, nie! - Rozpaczliwy ruch głowy, odęte wargi miały jednoznaczny wyraz. Rzuciła się w kierunku schodów. Chwycił jej łokieć, łagodnie, ale stanowczo hamował jej kroki. Postępowałem za nimi. - Mam słabe serce - wyjaśnił mi zwracając się ku mnie - nie mogę iść szybko po schodach. Zadyszana, odwróciła się gwałtownie, przystanęła. Kłamca, kłamca - krzyknęła po francusku - to ja mam wadę serca, to ja nie mogę chodzić, a on kłamie, żeby mi nie było przykro!... Zamilkła i ukryła zarumienioną twarz na jego ramieniu. Nie protestowała, gdy podniósł ją lekko, przycisnął do siebie i ciężkim krokiem począł się wspinać do góry.

Staliśmy wszyscy troje w otwartych drzwiach kościoła, ona pierwsza, my za nią. Oddychała szybko, chwytała powietrze uchylonymi ustami, patrzyła przed siebie. Kościół był pusty i zaniedbany, jedynie zabytkowy ołtarz świecił w głębi posrebrzaną romańską płaskorzeźbą. Odetchnęła głęboko, odzyskując utracony oddech, i bez słowa ruszyła przed siebie. On pociągnięty jej nagłą decyzją poszedł za nią. Zatrzymała się przed samym ołtarzem i uklękła na wypłowiałym, wzorzystym niegdyś dywanie. Z dwóch okien prawie prostopadle umieszczonych ponad jej głową spływało słońce, pyłki kurzu tańczyły w powietrzu. Klęczała ze złożonymi rękoma. Widziałem jej delikatne brązowe palce o równo obciętych paznokciach - przypominały dłonie dziecka. On klęczał obok niej. Jego dłonie były także złożone. Dłonie - na jednej z nich połyskiwała obrączka. Popatrzyłem szybko na jej ręce, nie, nie były ozdobione, nie miała żadnego pierścionka. Spojrzałem na jej twarz. Uniesiona w górę, znieruchomiała, odkryta przez światło, nie taiła więcej swego wieku. W kącikach niebieskim cieniem obrysowanych oczu wezbrały krople łez, upadły. Pochyliła głowę w bok ku niemu. On, świadomy zapewne jej ruchu, spojrzał w dół. Wziął w ręce jej ciągle złożone dłonie, zamknął je w swoich. Przytuliła głowę do jego piersi i rozpłakała się. Trzymał ją ostrożnie, duży i pochylony nad nią gładził jej krótko obcięte włosy. Całował jej włosy. Podniósł się i obejmując ją w pół skierował się ku drzwiom. Patrzyłem za nimi. Dwie ciasno do siebie przywarte sylwetki - jedna mała i wąska, druga prostokątnie duża, pochylona nad tamtą - przez chwilę przesłoniły leżącą w otwartych drzwiach smugę słoneczną. Przecięły słońce i znikły. Nie poszedłem za nimi.
Spójrz, przestało padać. Pójdziemy już? Nie chcesz iść Pytasz, co dalej. Co dalej? Nie pytaj. Nie wiem nic, a raczej, no tak, ale ta część opowiadania nie jest pogodna - jest po prostu prawdziwa. Prawdziwa jak zmierzch w deszczu, jak wilgotny zimny wiatr od rzeki. Oczywiście, że znam dalszy ciąg, inaczej nie uważałbym tej historii za wyjątkową, nie tłukłaby mi się po głowie od przeszło dwóch tygodni, nie powtarzałbym jej sobie rano tuż po obudzeniu, wieczorem przed zaśnięciem, w południe, o zmierzchu... Od dwóch tygodni w kieszeni płaszcza noszę monety pięciofrankowe, duże, srebrne, on, widzisz, nie chce brać innych. Za każdym razem, gdy go spotykam, bierze tylko jedną, zaciska ją w dłoni, w brudnej ręce, przyciska do piersi, widocznej w rozchyleniu marynarki, koszuli pozbył się już dawno, szyja okręcona strzępem szalika, włosy siwe zmierzwione... Bierze monetę, kłania się przesadnie, ochrypłym głosem mówi: merci mille fois, z tym twardym słowiańskim akcentem, i skręca do pierwszego sklepu z alkoholem. Wiem, że za chwilę wyjdzie stamtąd z butelką najtańszego wina, opadający strzęp szalika zarzuci na ramię, kołyszącym krokiem ruszy przed siebie. Dokąd? Wtedy gdy go spotkałem po raz pierwszy, zadałem mu to samo pytanie. I odpowiedział. Na cmentarz. Odejdzie w kierunku najbliższego cmentarza, żeby po omacku, świecąc zapałkami odczytywać zatarte napisy nagrobne. Żeby szukać. Czego?
Może i nie rozpoznałbym go, stojącego na skrzyżowaniu ulicy, w jego zaniedbanej powierzchowności nie było znowu nic tak wyjątkowego. Ot, jeszcze jeden z ludzi, którymi przywykliśmy gardzić, jeszcze jeden wykolejeniec, włóczęga, opilec, czy też po prostu człowiek wolny. Wolny od trosk codziennych, od haniebnej gonitwy za czasem, który ucieka, pozbawiony kłującego żądła ambicji, szczęśliwiec, którego potrzeby są żadne, a więc zawsze zaspokojone. No tak, ale ten włóczęga był inny, nietypowy. Pod powierzchownością kloszarda kryło się rozgorączkowanie, niepewność, pośpiech, niezdecydowanie wreszcie, które mnie zastanowiło. Wybiegł na jezdnię, uczynił kilka kroków w kierunku drugiego chodnika i stanął niezdecydowany... znowu wysforował się na jezdnię, spojrzał na czerwony sygnał świetlny, przystanął, okręcił się dokoła własnej osi, żeby, gdy światło zmieniło kolor i struga ludzi popłynęła w wybranym przed chwilą przez niego kierunku, stanąć w pozycji wyjściowej, różnej o dziewięćdziesiąt stopni. Ten manewr powtórzył pięć czy sześć razy, zawsze w podnieceniu, zawsze w pośpiechu, zdecydowany, zdawałoby się, a w istocie zupełnie bezradny. Być może rozterka jego trwałaby dłużej, gdyby nie to, że podszedłem do niego, ująłem go pod ramię. Popatrzył na mnie błękitnymi oczyma, w których drgał gorączkowy płomień; wydatne kości policzkowe, lekko spłaszczony nos, naiwna łagodność poszarzałych, ściągniętych rysów - poznałem go.

Pozwolił się zaprowadzić do pobliskiego bistro, posadzić na krześle. Na moje pytanie, czy ma ochotę na szklankę wina, skinął głową, czy też może zwiesił głowę, gest, który wziąłem za wyrażenie zgody. Patrzył w dół, na swoje ręce splecione na blacie stołu. Jego sylwetka, tak niegdyś imponująco rozrosła, straciła dawne nieprzeciętne wymiary - zeszczuplał wyraźnie i ciężkie plecy załamały się półkoliście. Cały jakby zmalał. Pomyślałem natychmiast o dziewczynie, ale nie zapytałem o nią. Jeszcze nie; gdy kelner przyniósł wino i on dwoma szybkimi haustami opróżnił szklankę, pochyliłem się ku niemu i zadałem mu pytanie: - Czy mogę coś zrobić dla pana? - Podniósł głowę i spojrzał na mnie półprzytomnie. - Pytam - powtórzyłem dobitnie - pytam, czy mógłbym udzielić panu pomocy. Przed chwilą, tam, na skrzyżowaniu ulic - wydawało mi się, że pan zgubił drogę. - Powoli, ledwie widoczny uśmiech przewinął się przez jego cienkie wargi. - Nie, nie - zaprzeczył słabo - znam tę drogę. Tylko, widzi pan - nachylił się ku mnie konspiracyjnie - ja się nie mogę zdecydować.
Znał drogę. Znał Paryż lepiej ode mnie. Widział, gdzie idzie, problem tkwił w tym, że szedł do dwóch różnych przeznaczeń. Chodziło oczywiście o cmentarze. Miał na oku dwa jeden, który już odwiedzał kilkakrotnie, i świeżo odkryty, zaledwie wczoraj, położony w zupełnie przeciwnym kierunku.

Zapomniałem ci powiedzieć, że spotkałem go u zbiegu ulic... Otóż obowiązek nakazywał mu dokończyć poszukiwań na pierwszym cmentarzu... ten drugi, świeżo odkryty, miał w sobie urok, któremu trudno było nie ulec. - Drzewa, pan rozumie tam jest tyle drzew - mówił w gorączkowym podnieceniu - ona lubiła drzewa, pomyślałem sobie, myślę, tak... myślę... - Francuszczyzna mojego znajomego straciła nieco ze swej emfazy, zyskała za to na płynności - myślę, że może ona wolałaby leżeć tam właśnie...

Tak więc on pierwszy wspomniał o dziewczynie. Wiedziałem od razu, że to była ona. Kogóż innego mógłby szukać w zapamiętaniu po paryskich cmentarzach. Znaczyłoby to jednak, że umarła, że umarła właśnie tu... On w dalszym ciągu mówił o jej upodobaniu do drzew, głos drżał mu lekko, na zapadłe policzki wystąpił niezdrowy rumieniec. - Widzi pan, mam chyba rację - spytał. Patrzył teraz na mnie przekrwionymi oczyma; powieki miał ciężkie i także zaczerwienione. - Tak, tak sądzę - patrzyłem z litością na tego człowieka nie panującego nad sobą: od tamtych dni w Kotorze musiały go dzielić miesiące głodu, bezsenności i gorączki. - Zje pan coś? - zaproponowałem. - Podczas gdy kelner przygotowywał dla nas kanapki, przy następnej szklance czerwonego wina zapytałem o dziewczynę. Oczywiście, powiedziałem mu najpierw, że widzimy się po raz drugi, i że pierwsze nasze spotkanie miało miejsce w Kotorze. Patrzył na mnie z niedowierzaniem. W Kotorze, powtórzyłem, w Zatoce Kotorskiej, w Jugosławii. Błękitne tęczówki powlokła mgła. Oparł głowę na ręce i w tej pozycji wysłuchał mego opowiadania, w którym krok po kroku przywoływałem tamte chwile naszego pierwszego spotkania. Kiedy skończyłem, westchnął nie podnosząc głowy. Po twarzy spływały mu łzy. Przez długą chwilę milczał, nie mogąc wydobyć głosu, wreszcie usłyszałem ochrypły szept... Świadek, nasz świadek, ona tak pana nazywała, zanim wyjechała, zanim przybyła tutaj - mówiła, że to pana jedzie odszukać. Śmiała się. Nazywała pana naszym świadkiem. Byliśmy sami w kościele tylko pan... Ona mówiła, że to był nasz ślub...

Zamilkł. Następną szklankę wypiliśmy w głębokiej ciszy, przerywanej jedynie jego ciężkimi westchnieniami, lekkim brzękiem szkła stawianego na blacie stołu. Jego ręka obejmująca szklankę drżała, z wysiłkiem podniósł ją do ust. Potem przypatrywał się pustej szklance z napięciem. Westchnął głęboko i odstawił szklankę. Zapytałem: - Może jeszcze? - Pokręcił głową. - Nie, nie, mam już dosyć, dziękuję, poza tym, chciałem szukać, muszę szukać... - Odwrócił głowę i spojrzał w okno. - Już zmrok - szepnął. Nie ruszył się z miejsca i ja także pozostałem na swoim, przechodzący kelner uchwycił mój znak i nalał nam wina. Tym razem mój znajomy pił wolno, udało mu się opanować drżenie rąk. Jego wzruszenie przejawiało się tylko długimi przerwami, które czynił pomiędzy zdaniem i zdaniem, między słowami wypowiadanymi z wysiłkiem. Nie był to wysiłek związany z trudnościami językowymi, chociaż i te były oczywiste, powodował go raczej temat opowieści. Mój znajomy z Kotoru mówił o dziewczynie.
- Przyrzekłem wtedy tam - pan to widział - że jej nie zostawię samej. Potem ona wyjechała. Musiałem wrócić... do domu. Ona wiedziała o tym i płakała. To dlatego płakała - tam w kościele. A pan myśli, że ja nie chciałem zostać z nią?! - Kilka razy otwartymi ustami uchwycił powietrze - chciałem... Ale musiałem wrócić, zostawiłem żonę i dziecko... - Palcami wparł się w blat stołu, szklanki zadzwoniły, pochylony nad stołem powtarzał ostatnie słowo, jak gdyby chciał w nim odczytać utajony sens. Zamilkł. Przez chwilę trwał w odrętwieniu po czym powoli podniósł powieki. - Co miałem zrobić, byłem bezradny. - Przez twarz przebiegł mu gwałtowny skurcz. - Przyjacielu, czemu mnie bierzesz na męki? Dlaczego mnie słuchasz, dlaczego chcesz mnie słuchać? No powiedz, czy mogłem postąpić inaczej? Zatrzymać ją i odejść od żony? Ja ją kochałem. Grzesznie ją kochałem. Tak, popełniłem grzech. Grzesznikiem jestem, potępieńcem jestem, nieszczęśliwy jestem... no pomyśl, odejść od żony, być z nią, dziś i jutro i pojutrze, i przez wszystkie dni - tyś ją widział, no, pomyśl przyjacielu, ona mnie kochała. - Zwiesił głowę, jego wzrok napotkał pełną szklankę, pochwycił ją drżącą ręką, podniósł do ust i opróżnił jednym długim łykiem.
Musiał wzruszyć się silnie, bo krew uderzyła mu do twarzy, białka oczu poczerwieniały i skronie pulsowały widocznie. Oddychał szybko, nieregularnie. Duże ręce splatał i rozplatał pod stołem, wreszcie jak człowiek zmęczony podparł nimi opadającą głowę. Z głową w dłoniach, ze spuszczonymi powiekami szeptał nieartykułowane zdania przeplatane słowami w swoim własnym języku niezrozumiałym dla mnie.
- Głupiec - mówił - głupiec jestem, przecież ona nie mogła napisać. Dlaczego nie mogła? Jak to dlaczego? Nie żyje przecież. Umarła, umarła, umarła... ja sam byłem bliski śmierci, a ona - ona była zawsze słaba jak ptaszek... Jak mogła żyć beze mnie? Sama, beze mnie? Umarła, a ja pozwoliłem na to... żeby umarła!
Zajęczał cicho i potok oskarżeń przerwały ciche pojedyncze słowa, których nie zrozumiałem, z intonacji jego głosu odgadłem jednak, że szepcze pieszczotliwe nazwania, którymi przywołuje swą ukochaną. A więc był pewien jej śmierci. Patrząc na jego rozpacz poczułem się nieswojo, jak po stracie kogoś bliskiego. Czyżby to było możliwe, aby był sam, pomyślałem i mimowolnie spojrzałem na otwarte drzwi. Czyżby ta dziewczyna nie miała wbiec, usiąść przy stole i odjąć swoimi smagłymi rękoma te duże ręce od zbolałej twarzy?

Ukradkiem spojrzałem na zegarek. No tak, siedzieliśmy w bistro już godzinę i prawdę mówiąc powinienem już dawno być u P. Nie chciałem jednak tak odejść, zanim się nie upewnię, i dlatego nie zważając na jego stan zadałem mu to pytanie. Gdzie umarła i skąd się bierze jego pewność, że umarła?
Odjął ręce od twarzy i spojrzał na mnie zmęczonymi oczyma, w których ból łączył się ze zdumieniem. Jak mogę nie wiedzieć? Cóż może być pewniejszego? Wyjechała przecież do Paryża na stypendium i nigdy nie wróciła, choć miała wrócić po sześciu miesiącach. Nie napisała ani razu, nie dała znaku życia. Czy postąpiłaby w ten sposób, gdyby żyła? (gdyby mogła napisać? Otóż nie mogła, bo umarła. Nie, nikt go nie zawiadamiał. Po co? Skoro sam odgadł wszystko, skoro wiedział. A umarła tutaj, oczywiście, gdzież by indziej, i pogrzebano ją na jednym z paryskich cmentarzy. Raz, tak, to było dawno, mówiąc o swoim wyjeździe prosiła, abym ją odwiedził. Przyjdź do mnie czasem, powiedziała, może będę już nieżywa, ale ty przyjdź i tak.
Czekał rok i dwa miesiące i przyjechał i teraz jej szuka. Znajdzie ją, bo przecież, rozumiem chyba że musi ją odnaleźć.
Jego słowa rozproszyły resztę moich wątpliwości, tak, to był człowiek szalony, szalony w szczególny sposób, przypominał pijanego. Wino - nie wypił go znowu tak wiele. Jego szaleństwo wynikało z miłości -pasji wielkiej, na jaką nas nie stać, przyjacielu. Stąd się brała prawdopodobnie jego wiara w pozaempiryczne racje, jego pewność. Kochał ją. Pochylony nad stołem mamrotał coś do siebie bardziej niż do mnie.
- Kocham ją, kocham ją bardziej niż Boga, ale Boże, Ty mi przebaczysz, Ty mnie nie potrzebujesz przecież, a ona... Ona tam jest sama! Nie, nie przebaczysz mi... A więc mnie pogrzeb na dnie twojego piekła, byle obok niej... Ja będę cierpiał za nią i za siebie! Tylko zrób tak, niech mnie widzi uśmiechniętego i Boże, niech nie płacze, że mógłbym ją porzucić. Najlepiej przykuj mnie łańcuchem do skały, gdzieś blisko niej! U jej nóg albo u kolan. Czasem będę trzymał głowę na jej kolanach... Ona będzie głaskała mój siwy łeb i będzie mówiła, że mnie kocha... święta moja, najlepsza moja, moja jedyna! Na tamtym cmentarzu jest tyle liści i korzeni - no chodź już, chodź, musimy ją odnaleźć, jeszcze dzisiaj... Ona tam musi być. Jeśli pójdę tam przed nocą, to na pewno zdążę przeszukać jeszcze trzy rzędy grobów. Po prostu trzeba odgarniać liście i czytać napisy. To zupełnie proste.
I poszedł, odszedł tak jak dzisiaj, zarzucając wytarty szalik na ramię, poszedł w kierunku cmentarza Montparnasse, a ja zostałem w deszczu, z tą głupią historią.

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
© 2017 http://www.koniczynka.art.pl/
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.
 
Professionelle Joomla Templates - kostenlos