http://www.koniczynka.art.pl/ http://www.koniczynka.art.pl/ - Oda do r?k
Co nowego arrow Poezja arrow Oda do r?k arrow Oda do r?k

Migawki

Oda do r?k

 

*** nie mam dawnej czu?o?ci dla mojego cia?a
Oda do r?k
Pods?uchane
Przypowie??
Protest
Wietnam 1956
Wielkopostna legenda
Podró? poci?giem osobowym
Zdarzenie epiczne
Asocjacje z motywem ?mierci
*** trzeba ?yczy? temu kotu
*** przeciw ?wiatu
*** przychodzi do mojego domu
*** drzazga mojej wyobra?ni
*** pytasz czemu poci?ga mnie magia liczb
*** jaki to pi?kny szkielet
*** moim g?ównym zaj?ciem jest malowanie brwi
*** chod? tu do mnie mój najmilszy
*** delikatnie nios? moje serce
*** pytasz - co d?wigaj? w jukach wielb??dy
*** jest ca?a ziemia samotno?ci
*** wczoraj pisa?am wiersze
*** zbawienie jest w ciep?ym futrze
*** to my rodzimy m??czyzn o mocnych d?oniach
*** tak lekko przesuwamy si? z obj??...
naprzeciw obrazu
Id?ca poprzez ciemno?? na spotkanie kochanka
?pi?cy jednoro?ec
*** rozstanie jest ptakiem
*** znowu pragn? ciemnej mi?o?ci
*** powlok?am lakierem paznokcie
*** czekam na ciebie obok tej nocy
*** pragn? ci?
*** pod deszczem twoich spojrze?
*** czas jeszcze nie wie nic o twoim czole
*** pokornie ci? kocham

 
 
 
 *** podziel si? ze mn?
*** rozcinam pomara?cz? bólu
*** Hypacja malowa?a rz?sy lekko
*** no i co o niej wiesz
*** mój kochanek wcale nie jest pi?kny
*** je?li zechcesz odej?? ode mnie
*** ta noc - dla ciebie
*** mówi? - ?e kocha mówi?
stance dla Ma?gosi
*** li?ciu
ostatni dzie? sierpnia
*** za ca?? moj? mi?o?? - bracie Aniele
*** paznokciami wczepiona w s?owa
*** zawsze kiedy chc? ?y? krzycz?
*** Joanno - ty mi o?wietlasz drog?
*** nie potrafi? by? tylko cz?owiekiem
*** Bo?e mój zmi?uj si? nade mn?
*** tak wiele serc ku tobie biegnie
*** modl? si? do zieleni
*** moja twarz jest coraz bardziej
*** czasem przychodzi ostra
*** jeszcze ci?gle kr?c? w?osy na papiloty
*** tutaj le?y Izold jasnow?osa
wizyta
azylum
*** odk?d ptaki odfrun??y z moich s?ów
Wyspa na jeziorze
Studium estetyki
Sestina: Altaforte
Canto XIII
Katarynka
Romanca
Wielki czarny byk
*** Jeszcze wyrastam
Ballada
Malowany ul

 

 
 

*** nie mam dawnej czu?o?ci dla mojego cia?a

nie mam dawnej czu?o?ci dla mojego cia?a
jednak je toleruj? jak poci?gowe zwierz?
które jest po?yteczne chocia? wymaga wielu stara?
dostarcza bólu i rado?ci i bólu ? rado?ci
czasem zastyga z rozkoszy
a czasem jest schronieniem dla snu

znam jego korytarze kr?te
wiem któr?dy przychodzi zm?czenie
jakie ?ci?gna napina ?miech
i pami?tam jedyny smak ?ez tak podobny
do smaku krwi

moje my?li - stado trwo?nych ptaków
karmi? si? na zagonie mego cia?a
nie mam dla niego dawnej czu?o?ci
ale czuj? ostrzej ni? przedtem
?e si?gam nie dalej ni? moje wyci?gni?te r?ce
i nie wy?ej ni? mog? mnie unie?? wspi?te palce u nóg

 


Oda do r?k

B?d?cie pozdrowione moje d?onie, palce moje chwytne, z których jeden przytrza?ni?ty drzwiami samochodu, fotografowany promieniami Roentgena - d?o? na zdj?ciu wygl?da?a jak zwichni?te skrzyd?o - niewielki okruch ko?ci obrysowany w?asnym odr?bnym konturem. Serdeczny palec lewej r?ki ozdobiony raz pier?cionkiem owdowia?y jest teraz i pozbawiony swej ozdoby. Ten, który mi da? pier?cionek, ju? dawno nie ma palców, jego r?ce splot?y si? w jedno z korzeniami drzewa. R?ce moje tyle razy dotykaj?ce stygn?cych d?oni umar?ych i ciep?ych mocnych ?ywych d?oni. Umiej?ce pie?ci? niezwykle, w dotyku zatracaj?ce przestrze? dziel?c? istnienie od istnienia i niebo od ziemi. R?ce, którym nieobcy ból bezsilno?ci, wczepione w siebie jak dwa przel?k?e ptaki, bezdomne,szukaj?ce na o?lep i wsz?dzie ?ladu twoich r?k.

  
Pods?uchane


Gdy tak le?? bezczynnie lewa zwrócona ku prawej, prawa ku lewej, o czym szepcz? moje stopy w nie ko?cz?ce si? zimowe wieczory. One mówi?, sobie mówi? o nagrzanym sypkim piasku przywieraj?cym do nich mi?kko. Bezw?adnie tak le??ce my?l? o ziemi, ci?gle o ziemi. W?skie trawy tam rosn? i nakrapiane jaszczurki przebiegaj? pospiesznie. Ostro?nie, ?eby nie sp?oszy? odpoczywaj?cej mrówki, id? jedna za drug?, jedna przed drug? moje ?mieszne bose nogi.

  
Przypowie??


Postawi? diabe? Chrystusa na górze Cadillac i kaza? mu spojrze? w dó?. Do nieba by? tylko jeden krok, a w dole rozpo?ciera?a si? kraina ?yzna i pi?kna jak kolorowa pocztówka. Woda by?a g??boko b??kitna, las na zboczach wysepek soczy?cie zielony, a piasek nadbrze?ny mia? kolor z?otego kruszcu. - To wszystko b?dzie twoim - kusi? diabe? - je?li dasz mi drobiazg - dusz?. Popatrzy? Chrystus - do nieba by? tylko jeden krok - i pokr?ci? g?ow?. - Nie, diable, nie skusisz mnie mi?kkim futrem lasów ani przejrzystym lustrem wody, bli?sza mi od nich moja w?asna dusza. Zmartwi? si? diabe?, ale nie straci? nadziei. Przejd?my si? troch? - powiedzia? - i zeszli nisko pomi?dzy ?odzie rybackie. Wszed? Chrystus do ?odzi i zobaczy?, jak rybacy zarzucaj? sie?, a potem z wysi?kiem wielkim, ryb pe?n?, ci?gn? ku brzegowi. Zacz?? im pomaga? Chrystus i gdy z oddechem krótkim i b?yszcz?cymi oczyma ju? dotyka? trzepocz?cych w sieci, powiedzia? diabe? - b?d? twoje, ale tylko wtedy, je?li mi oddasz dusz?. - Bierz j? - krzykn?? Chrystus - obydwie r?ce zanurzone w wodzie - i nie przeszkadzaj ludziom w codziennej walce o ?ycie na ziemi.

 


Protest


kruche ?ciany szcz??cia
rozsadza pami??
do ziemi przyleg?y mi?kko
grzywy sennych wulkanów
g?ód przeci?ga si? leniwie
w delikatnych w?óknach mi?sa

Skopje by?o niegdy? miastem
wisz?ce ogrody Semiramidy drzewa
k?ad?y w parowach ulic dobroczynny cie?
kondygnacje kamienne pe?ne ruchu i ?wiat?a
ziemia ziewn??a
znikn??o miasto

w b??kitnych zau?kach cia?a ?piewa czerwona krew
ona ma ostry s?odkawy zapach martwego mi?sa
cia?o poddaje si? uciskowi d?oni
d?o? wyt?acza na ciele fioletowe wzory
cia?o osuwa si? na ziemi?
ciemnieje krew

pami??
rozrywa na w?ókna
kruche ?ciany szcz??cia

II

ze ?nie?nej lawiny osuwaj?cej si?
na ?pi?c? wiosk? - czuwa?a jedynie
ig?a ko?cielnej wie?y
z nurtów rzeki która opu?ci?a brzegi
zmywaj?c z powierzchni ziemi miasto
z dymi?cej lawy wulkanu która popio?em
przykry?a pola uprawne
z wiatru który podniós? wody oceanu
i zatopi? kilkadziesi?t smuk?o wi?zanych statków
z ?ywio?u który ?piewa w naszych ?y?ach
hymn g?odu i okrucie?stwa
z krwi...

musimy wynie?? i ocali?
gar?? nocy
gar?? dni

III

ona poj??a ide? cz?owiecze?stwa
ta córa faraonów
pochylona nad nurtem rzeki
w koszyku wiklinowym
kwili?o ludzkie piskl?

wynios?a je na brzeg

ogrza?a oddechem zzi?bni?te r?ce
rozp?akane oczy osuszy?a dotykiem ust
rzeka p?yn??a dalej
tocz?c mu? i kamienie
oddali?a si? córa faraonów
z ma?ym wiklinowym koszykiem

przed cz?owiekiem rozst?puj? si? morza
manna spada na pustynie
rzeka p?ynie dalej
tocz?c mu? i kamienie

 


Wietnam 1956

I
na szcz??cie
rodzice mi dali ?atwo palne cia?o
wystarczy odrobina benzyny
w lekkich fa?dach sukienki
wystarczy odrobina siarki
na ciemnej g?ówce zapa?ki

nie mów mi o mi?o?ci
nie przypominaj o zapachu lasu
o moich m?odych w?osach
o palcach

zapali?am ten stos
?eby roz?wieci? ziemi?

po omacku sz?am i w ciemno?ci

nie przypominaj o palcach
nie przywo?uj zapachu

spójrz - p?on? z mi?o?ci

II

jeszcze ci?gle nie wiem czemu to uczyni?am
mia?am matk? i ojca i ma?ego brata
który psoci? biegn?c do szko?y
lubi?am zwierz?ta przyja?ni?am si? nawet z gwiazdami
op?akiwa?am ?mier? ka?dego kwiatu

dlaczego dlaczego to uczyni?am

gazety napisa?y o mnie
pewien fotoreporter zdo?a? nawet utrwali?
moje dogasaj?ce cz?onki
niewiele tego by?o
gar?? dwie

matka nie umia?a odczyta? imienia z popio?u
brat kr?ci? si? niecierpliwie i widz?c
?e o?lep?a z rozpaczy uciek?
zamiatacz uliczny posypa? piaskiem ciemn? plam?
na troruarze

jeszcze ci?gle nie wiem dlaczego

nieobecna tu?am si? w wietrze nikt nie chce mnie
zauwa?y?
nikt jeszcze nie po?o?y? r?ki na mojej g?owie
a przecie? mam w?osy mi?kkie i l?ni?ce jak letni dzie?
usta stworzone do poca?unków...

III

dawno temu
moj? dziecinn? wiar?
zabi?o okrucie?stwo
mog?am napisa? dramat
albo wiersz
mog?am wychowa? kilkoro dzieci
nauczy? je nienawi?ci

mog?am wej?? do w?asnego domu
otworzy? okno
odetchn?? wieczornym powietrzem
pos?ucha? o czym rozmawiaj? li?cie

mog?am u?miecha? si? do ludzi
mówi? dzie? dobry
mówi? do widzenia
mówi? jak? pani ma pi?kn? sukni?

mog?am oswoi? kota tak
?e chodzi?by za mn? krok w krok
i mo?e umar?by wtedy gdybym
ja umar?a

dawno temu
prze?y?am to wszystko
w krótkim okamgnieniu

a teraz jestem niczym
uko?yszcie do snu sumienia
nie patrzcie w dogasaj?cy ?ar

 


Wielkopostna legenda


dwa tysi?ce lat temu
urodzi?a panna w Galilei
niemowl?

dziecko by?o bezbrze?nie nagie
a ona nie mia?a nic
oprócz mi?o?ci

i tak ros?o
ogrzewane oddechem
a? doros?o
do nienawi?ci

i przybili go do drzewa ludzie
a ona patrzy?a

potem - mówi? - ?e wst?pi?a w niebo
ale równie dobrze mog?a zst?pi? w ból
tak by? g??boki

 


Podró? poci?giem osobowym


ma?a siostra podró?uje teraz przez ?ycie
u?miecha si? do niej rudy konduktor stoj?cy na
                                            stopniach wagonu
on ma ?on? i czworo dzieci nigdy niesytych
a g?ód który mu dr??y trzewia podobny do ich g?odu
?ar?ocznie patrzy na ma?? siostr? pan konduktor
ka?? jej si? przesi??? do nast?pnego wagonu

nast?pny wagon jest dla niepal?cych
siedzi tu kilku staruszków wydaje si? ?e drzemi?
my?l? - tu b?dzie bezpieczna rozgl?dam si? gdzie
                                            j? posadzi?
gdy wtem chwytam spojrzenie spod
                  pó?przymkni?tych powiek
wymierzone w jej dziecinne ramiona i szczup?? szyj?
nie - mówi? - tu zbyt duszno chod? znajdziemy
                                            miejsce dalej

ci?gn? ju? wzd?u? korytarza zadyszan? zm?czon?
robi si? t?oczno w przedzia?ach ju? wszystkie
                                            miejsca zaj?te
m??czy?ni wsparci na oknach pal? papierosy
                                            czytaj? gazety
kobiety poprawiaj? w?osy ich suknie wilgn? od potu
stajemy po?ród t?umu niepodobna przepchn?? si? dalej
s?ysz? ?e poci?g rusza i w biegu skacz? ze stopni

ma?a siostra odje?d?a milknie stukot kó?...

 


Zdarzenie epiczne


kiedy Zeni przyjecha?a do New Yorku
to mia?a tylko zielon? sukienk? i oczy w?skie
i tak chodzi?a Zeni po?ród drapaczy chmur
wspinaj?c si? na palce jak gdyby chcia?a dojrze?
?wiat?o dalekie i ch?odne gwiazd które
pozosta?y w Texasie

spotka? Zeni pewien malarz i poprosi?
?eby mu pozowa?a spyta?a czy jej sukienka
nie jest zbyt stara i zmi?ta nie odpowiedzia?
zreszt? chodzi o twoje cia?o a sukni?
je?li chcesz spraw sobie now? za te oto pieni?dze

chodzi Zeni po New Yorku oczy ma w?skie
w jej r?ku zielone banknoty ?piewaj? jak ptaki
nowych sukni ma wi?cej ni? odcieni w palecie
malarskiej
i coraz dalej coraz zimniej ?wiec? gwiazdy Texasu

a? raz zobaczyli ludzie ciemn? plam? na bruku
le?a?a z w?osami w nie?adzie na nieruchomej twarzy
pobiela?y w?skie oczy a ponad lasem wie?owców
na niebie czerwonym zimno p?on??y gwiazdy Texasu

 


Asocjacje z motywem ?mierci


chc? pisa? o zmar?ej aktorce
zosta?a po niej nietrwa?a pami??
i pusta fiolka po proszkach na sen

proces p?owienia zacz?ty
opad?y listy
listopad
opad?y zdj?cia
grudzie?
oboj?tny wiatr styczniowy
poniós? strz?p afisza

jest ró?nica
pomi?dzy powodzeniem i szcz??ciem
powodzenie jest zawsze dla innych
szcz??cie jest bardzo ciche

II

cia?o - mi?kkie fosforyzuj?ce wn?trze
o przewodach najczulszych najcie?szych
w?ókna nerwy spi?cia b?yski
biegn?ce od rz?sy do rz?sy

doskona?a ob?o??
odkrywaj?ca ?wiatu
jego w?asn? konstrukcj?
ignorowana przez ?wiat
nawzajem ignoruj?ca

ubiera?a si? w s?o?ce
a czasem by?a naga

pusta fiolka po proszkach nasennych
i wspania?y pogrzeb

proces p?owienia zacz?ty

 


*** trzeba ?yczy? temu kotu


trzeba ?yczy? temu kotu
dobrej nocy
sztywne nogi
wskazuj? cztery ko?a
wielkiego wozu

papier szele?ci
na mordce suchej

kocie oczy zamkni?te
do pazurów przypi?te
skrzyd?o

 


*** przeciw ?wiatu


przeciw ?wiatu
mia? tylko dwie szcz?ki
dwie szcz?ki uzbrojone w z?by
to ma?o

bo gdzie filozofia bytu
gdzie teologia
gdzie wiara w bia?o??

on wierzy? tylko w r?ce cz?owieka
przynosz?ce po?ywienie
a czasem ?mier?

jednakowo wdzi?czny
za po?ywienie
i za ?mier?

 


*** przychodzi do mojego domu


przychodzi do mojego domu
jak zmarzni?ty bocian
pytam - poezjo co ci

a ona mówi
?e ju? jest oswojona
i ?e prosi o kropl? mleka

i nie karmi? jej
nigdy nie karmi? do syta
i skrzyd?om nie wierz? opuszczonym

bo wiem ?e rozkwitn?
jak ziemia wiosn? rozkwita
i ponios? j? z mojego domu

 


*** drzazga mojej wyobra?ni


drzazga mojej wyobra?ni
czasem zapala si? od s?owa
a czasem od zapachu soli
i czuj? jak pode mn?
przest?puje z nogi na nog? okr?t
i ocean jest niezmierzony
bez ?adnego brzegu
zamkni?ta w ?upinie drewna
jestem cudownie wolna
nie kocham nikogo
i niczego

 


*** pytasz czemu poci?ga mnie magia liczb


pytasz czemu poci?ga mnie magia liczb
liczb? wyrazi? pragn? niesko?czono??
mojej t?sknoty mojej mi?o?ci

chc? ?eby zastyg?a w krysztale liczb
?eby dni ?lizga?y si? po niej jak po diamencie s?o?ce

chc? ?eby trwa?a nie ska?ona mijaniem
aby nie by?a wi?cej ani t?sknot? ani mi?o?ci?

 


*** jaki to pi?kny szkielet


jaki to pi?kny szkielet
gdyby przycisn?? usta
odpowiedzia?by poca?unkiem

ko?? misternie zwi?zana z ko?ci?
owini?ta w elastyczne w?ókna

kiedy idzie ulic?
demonstruje dok?adno??
z jak? staw si? zgina rozgina

w p?ynno?ci jego ruchów
jest muzyka niebieskich sfer
o - jedn? trzyma w d?oni

okr?ca j? wolno
i pos?uszny ?wiat
wiruje wokó? niego

jaki to kruchy szkielet
rozpada si? w proch
przy lada niepowodzeniu

 


*** moim g?ównym zaj?ciem jest malowanie brwi


moim g?ównym zaj?ciem jest malowanie brwi
maluj? brwi ze skupieniem
tak to czyni? kobiety ju? przel?k?e
nak?uwaj?ce luster powierzchnie uwa?nym
                                            spojrzeniem

naro?nik kamienicy któr? mijam ka?dego rana
zakr?t ulicy któr? przechodz?
w?t?e palce ple?ni obejmuj? ziarna piasku
rosn? szpary w ?cianach ogromniej? szpary
                                            w pod?odze

krusz? si? rozsypuj? ulice
wiatr je w cztery strony niesie
wiatr si? z nimi w chowanego bawi

nagarniaj?c w?osy na policzki
patrz? jak kamienie porastaj? w trawy

 


*** chod? tu do mnie najmilszy


chod? tu do mnie mój najmilszy
pogwarzymy sobie
ja - z ustami w twoim futrze
ty - z paznokciami w gwiazdach

szarpiesz w strz?py z?ote futra
s?ysz? - wszech?wiat pomrukuje
na dnie g??bokiego gard?a

zostawi? nas ca?kiem samych
mnie - z ustami w twoim futrze
ciebie - z gwiazd? w oku

wymykamy si? obrotom
chytrze za nic maj?c czas

 


*** delikatnie nios? moje serce


delikatnie nios? moje serce
jak obci?t? g?ow? ?wi?tego Jana
ziemia ta?czy pode mn?

moje serce jest ameb?
wyd?u?aj?c? si? bez ko?ca
?yj?tkiem

ten ?wiat nale?y do niego
?ó?ko obraz cztery k?ty

moje serce lubi geometri?
i harmoni?

ostro?nie je nios?
jak obci?t?
g?ow? ?wi?tego

 


*** pytasz - co d?wigaj? w jukach wielb??dy


pytasz - co d?wigaj? w jukach wielb??dy podró?ne
one nios? moje serce
poprzez pustyni?

kiedy odszed?e? ode mnie
zosta?am sama
pod ?ó?tym s?o?cem

ziemia jest sucha
i serca ludzi puste
nie dla mnie bije
?ród?o tkliwo?ci

czasem ci? widz?
lecz wyci?gni?tymi r?koma
dotykam tylko
mojej my?li o tobie

pytasz - co d?wigaj? w jukach wielb??dy podró?ne
one nios? moje serce
poprzez pustyni?

 


*** jest ca?a ziemia samotno?ci


jest ca?a ziemia samotno?ci
i tylko jedna grudka twojego u?miechu

jest ca?e morze samotno?ci
twoja tkliwo?? ponad nim jak zagubiony ptak

jest ca?e niebo samotno?ci
i tylko jeden w nim anio?
o skrzyd?ach tak niewa?kich jak twe s?owa

 


*** wczoraj pisa?am wiersze


wczoraj pisa?am wiersze
tak jak dzi? rozdaj? poca?unki
moje poca?unki potania?y
wiersze s? coraz rzadsze

wiersze pisz? ju? tylko wtedy
kiedy zrani mnie kolor kwiatu
albo kiedy nietoperz
w nocnym przelocie
dotknie mojego policzka

ca?uj? o ka?dej porze roku
ca?uj? przygodnie spotkanych
studentów lekarzy poetów

oni potem pisz? o tym wiersze
tak jak ja rozdaj? poca?unki
gar?ciami
bezmy?lnie
po?piesznie

 


*** zbawienie jest w ciep?ym futrze


zbawienie jest w ciep?ym futrze
zbawienie jest w s?odkim mi?sie
zbawienie jest w p?ynnej krwi
chwalmy rozpust?
ze czci? wymawiajmy imiona
Tais Fryne i Judyty ulicznicy ?ydowskiej

przysz?o?? ?wiata jest w naszych ramionach
ach ona jest w naszych gor?cych ramionach
w naszych udach pragn?cych bezwstydnych
w naszych ?yznych piersiach
ze czci? powtarzajmy imiona
Tais Fryne i Judyty ulicznicy ?ydowskiej

po przestworzach zatacza si? ziemia
k??cze traw wyci?ga do s?o?ca
m??czy?ni ryj? w podziemiach
?lepymi pyskami kretów
a my -
wiedza jest w naszych ramionach
zbawienie jest w s?odkim mi?sie
Tais Fryne i Judyty ulicznicy ?ydowskiej

 


*** to my rodzimy m??czyzn o mocnych d?oniach


to my rodzimy m??czyzn o mocnych d?oniach
nie z u?miechu lecz z bólu i ziemi - pachn?ce
jak pachnie ?ci?ta trawa pod lipcowym s?o?cem

w g??bokich w?wozach naszych trzewi
s? mchem wys?ane gniazda i s? piskl?ta
i dzieje si? tam tajemnica istnienia które nikt
                                            nie przejrza?
i rosn? pok?ady prehistorii której nikt nie upami?tni?

ponad naszymi czo?ami renesanse przeci?gaj?
                                            z?ot? chmur?
w naszych oczach ?redniowiecza przykl?k?y
                                            w zamy?leniu
a my ciche jak Maria akceptujemy z pokor?
?aknienie naszych trzewi i naszych r?k przeznaczenie

 


*** tak lekko przesuwamy si? z obj??...


tak lekko przesuwamy si? z obj?? do obj??
z naszych ramion otwartych
wymyka si? s?o?ce
aby okr??a? ziemi?
i czyni? dzie?

rozko?ysane morze jest naszym wn?trzem
i flotylle odp?ywaj?ce w przysz?o??
chwiej? si? zakotwiczone
w zgi?ciu naszych kolan
w pó?ksi??ycu uniesionych stóp

 


naprzeciw obrazu


niech krzycz? o twojej urodzie
wargi m??czyzn przygryzione do krwi
niech brunatniej? ich pi??ci zaci?ni?te

niech odkrywaj? wyspy na oceanie spokojnym
aby twoje uszy ubra? w per?y

niech strzyg? owce
i niech orz? palcami dna rzek
aby? mog?a si? ubra?
w sukni? wyszyt? z?otem

niech wyp?ukuj? piasek
pot?d
a? pozostanie im w d?oni
twarde i l?ni?ce
pragnienie

 


Id?ca poprzez ciemno?? na spotkanie kochanka


nie boj? si? ani w??ów
ani nocy

bardzo si? boj?

gdyby nie oczy mojego kochanka
które pami?tam
gdyby nie r?ce mojego kochanka
które pami?tam

uciek?abym
zdj?ta strachem

noc jest ciemna
w??e lu?no zwisaj? z drzew nocy

poprzez w??e i ciemno??
id?

pami?tam
jego r?ce
jego oczy

 


?pi?cy jednoro?ec


poniewa? jeste? pi?kny
dla ciebie jest moich kolan
mi?kko??

aksamit mojej sukni
podpe?za
pod twój sen

ponad u?pionym
?wiec?
sierpniowym firmamentem

i gwiazdy oczu moich
spadaj?
w bia?? sier??

 


*** rozstanie jest ptakiem


rozstanie jest ptakiem
który rozpostar? pióra
ode mnie do ciebie

wszystkie pióra s? ciemne
wszystkie dni
bez ciebie

noce dr??
rozsypane pióra
po niebie

kiedy przyjdziesz
z?ote pióra zbiegn? si? w s?o?ce
umrze ptak

 


*** znowu pragn? ciemnej mi?o?ci


znowu pragn? ciemnej mi?o?ci
mi?o?ci która zabija
tak o ?mier? modli si?
skazany

przyjd? dobra ?mierci
rozrzutna b?d? jak noc sierpniowa
b?d? ciep?a
dotknij mnie lekko

odk?d pozna?am jej prawdziwe imi?
przygotowuj? moje serce
na ostatni urwany
wstrz?s

 


*** powlok?am lakierem paznokcie


powlok?am lakierem paznokcie
i moje palce b?yszcz?
panie mój b?d? mi?o?ciw
moim my?lom

obrysowa?am ciemn? kredk? powieki
i niebo gwia?dziste odbija si? w mym spojrzeniu
panie mój b?d? mi?o?ciw
memu pragnieniu

przywita?am ci? poca?unkiem
najpro?ciej
panie mój b?d? mi?o?ciw
mojej mi?o?ci

 


*** czekam na ciebie obok tej nocy


czekam na ciebie obok tej nocy
która przysiad?a na s?siednim kraw??niku
i ciemne usta podpiera
i ma posta? Murzynki
chmurne oczy
na policzku cie? li?cia palmowego

mówi? tej nocy - nie dzwo? z?otem gwiazd
uspokój w fa?dach sukni wiatr
czekaj
przecie? wiesz ?e on przyjdzie
jak deszcz co myje w?osy
wyschni?tego na s?o?cu drzewa

 


*** pragn? ci?


pragn? ci?
a to jest zmowa czujnych w?ókien
a to jest pl?s
w ?lepych zau?kach ?y?

na uwi?zi
trzymam dziesi?? otwartych
?eby mi nie wybieg?y
naprzeciw twoich brwi

?eby? ich nie uniós? w zdziwieniu
nie poj??

 


*** pod deszczem twoich spojrze?


pod deszczem twoich spojrze?
moja pogarda staje si? uleg?a
dr??y w jej wn?trzu pragnienie
w czu?o?? porasta

twoje oczy
przebijaj? hartown? stal ?miechu
ciep?ym deszczem
sp?ukuj? mnie ze mnie

 


*** czas jeszcze nic nie wie o twoim czole


czas jeszcze nie wie nic o twoim czole
twój smutek jest rozkosz?
w wargach t?tni krew

czemu przychodzisz do mnie ka?dego wieczoru
przynosz?c mi ja?owe ziarno s?ów

dr?? kiedy my?l? o twych mocnych d?oniach
obejmuj?cych kruche szk?o

od twego cia?a cie? pada na wszystkie moje sny
i ?wit krwawi codziennie zabit? nadziej?

 


*** pokornie ci? kocham


pokornie ci? kocham
widzisz
nawet ?okie? swój kocham
bo raz by? twoj? w?asno?ci?

widocznie tak mo?na
z najprawdziwszym mieniem
rozsta? si?
i nie patrz?c wstecz odej??

widocznie mo?na
po?rodku ch?odnej ziemi
zosta?

 


*** podziel si? ze mn?


podziel si? ze mn?
mojej samotno?ci chlebem powszednim
obecno?ci? zape??
nieobecne ?ciany
poz?o?
nie istniej?ce okno
b?d? mi drzwiami
nade wszystko drzwiami
które mo?na otworzy?
na o?cie?

 


*** rozcinam pomara?cz? bólu


rozcinam pomara?cz? bólu
po?ow? bólu karmi? twoje usta
g?odni tak dziel? chleb
spragnieni wod?

uboga jestem - mam tylko cia?o
usta ?ci?gni?te t?sknot?
r?ce - jesienne li?cie
wygl?daj?ce odlotu

rozcinam pomara?cz? bólu
sprawiedliwie na pó?
gorzkim ziarnem karmi? twoje usta

 


*** Hypacja malowa?a rz?sy lekko


Hypacja malowa?a rz?sy lekko
w jej czynno?ci by? umiar - pó?cie?
fioletowy na bia?ym policzku

przelotnym go??biom sypa?a
czerwone ziarno s?ów

przechodz?c obok drzew
pozdrawia?a je skinieniem g?owy

ros?o w niej zielone zdziwienie
rozga??zia?o si? zielone zdziwienie
tak ?y?a

a umar?a po prostu
z mi?o?ci

 


*** no i co o niej wiesz


no i co o niej wiesz
o niej która ma w?osy
zaledwie si?gaj?ce stóp twoich

której oczy
powi?kszone kredk? jak mi?o?ci?
?wiec? na firmamencie
twego p?askiego nieba

nie doros?e?
do pi?t jej urody

i tylko gdy ?pisz
przeci?gaj?c ramiona - ogromny
ona maleje nagle
by wej??
we wn?trze twojej zaci?ni?tej d?oni

 


*** mój kochanek wcale nie jest pi?kny


mój kochanek wcale nie jest pi?kny
i charakter ma raczej trudny
ale kto mi umaluje niebo
w ciemny fiolet popo?udnia
gdy pozwol? mu odej?? i nie wróci?

mój kochanek ma gor?ce usta
i rz?d ostrych z?bów kiedy ?miechem
odpowiada na wyzwanie ?wiatu
mój kochanek ma usta które wschodz?
pó?ksi??ycem nad ka?d? z moich nocy

mój kochanek nie jest czu?y jego oczy
w prostok?cie ulicy ta?cz?
za?ega w dziewcz?tach p?omie?
uczepiona u jego cienia
trzymam mi?o?? moj? za w?osy

w jego cieniu w?t?e ?d?b?o trawy
w kwietniow? jab?o? rozkwita

 


*** je?li zechcesz odej?? ode mnie


je?li zechcesz odej?? ode mnie
nie zapominaj o u?miechu
mo?esz zapomnie? kapelusza
r?kawiczek notesu z wa?nymi adresami
czegokolwiek wreszcie - po co musia?by? wróci?
wracaj?c niespodzianie zobaczysz mnie we ?zach
i nie odejdziesz

je?li zechcesz pozosta?
nie zapominaj o u?miechu
wolno ci nie pami?ta? daty moich urodzin
ani miejsca naszego pierwszego poca?unku
ani powodu naszej pierwszej sprzeczki
je?li jednak chcesz zosta?
nie czy? tego z westchnieniem
ale z u?miechem

zosta?

 


*** ta noc - dla ciebie


ta noc - dla ciebie
a w kosmatym rozkrojonym
melonie nocy
wn?trze s?odkie i soczyste
je?li moje cia?o nie za?wieci
na pró?no z gwiazd
usypana droga
wije si? poprzez niewa?ne niebo
i na pró?no zgi?ty
ksi??yc w g??b ziemi spogl?da
je?li moje usta nie znacz? ?wiat?o
to z zamkni?tymi oczyma
prze?yjesz wszystkie dni

 


*** mówi? - ?e kocha mówi?


mówi? - ?e kocha mówi?
a teraz mieszkam
w jego u?miechu
i kre?l?
granic? bioder
tak w?skich
jak pie? m?odego ?wierka
którego urod?
chwali?am wczoraj
nim on
?piewne pragnienie posia?
w moich d?oniach ta?cz?cych
w moich stopach na palce wspi?tych
w z?bach
t?skni?
w wielkiej zadumie
podpieram brod? r?k?
my?l? - o skórze my?l?
której smak
cierpko z?oty
pami?tam

 


stance dla Ma?gosi


kiedy przyjdziesz i roze?miejesz usta moje
lustrem jestem w którym oczy twoje skrz?
kiedy przyjdziesz ?eby przejrze? si? we mnie
w ogrodzie moim ci??kim od jab?ek czekam
czere?nie na uwi?zi ramion moich
kiedy przyjdziesz

owoce nios? dla twoich g?odnych ust
pragnieniu twemu wilgo? moich ??k
kiedy przyjdziesz
stoj?ca w oknie otwartym czekam
niespokojnie oczyma gwiazd przegl?dam noc

II

jeszcze rano mój mi?y jeszcze ptaki ?pi?
uspokój nastroszone poca?unków skrzyd?a
g?os twój obudzi? miodne pszczo?y s?o?ca
i ta?cz? ponad g?ow? moj? pe?n? snu
g?os twój skrzyd?ami ?wierszczy
str?ca z moich powiek cisz? mi?y
a przecie? ptaki ?pi?

rano jeszcze mój mi?y a ty dotykiem ust
czynisz ?wit w moim domu i na moim niebie
rozchwiane li?cie topól rysuje wschód
na li?ciach ?wiec? krople porannego d?d?u
i poj? ci? a przecie? mi?y drzewa ?pi?

 


*** li?ciu


li?ciu
os?o? mnie zieleni?
jestem jesienne nagie drzewo
z zimna dr??

wodo
napój mnie
jestem piaskiem
gor?cej suchej pustyni
wiatr mnie przegarnia r?k?

ogrzej mnie
ty który jeste? s?o?cem
przed którym stoj?
ukryta w s?owach jak w drzew cieniu
?ród?o bij?ce

 


ostatni dzie? sierpnia


dzisiaj wiatr ma po?udniow? skór?
i przypomina oddech mojego kochanka
- trzy lata temu -
usta suche od poca?unków
usta ciemne jak serce Nigerii
mój kochanek by? sercem Nigerii

kochali?my si? upalne trzy miesi?ce
nieroz??czni jak cz?owiek i jego czarny cie?
moje palce wplecione w mi?so jego d?oni
moje p?uca ?piewaj?ce jego oddechem
bia?? r?k? odgarnia?am w?osy z ciemnego czo?a
noc? jego g?owa obok mojej kwit?a jak
            podzwrotnikowy kwiat

mówi? mi o ?agodnych nocach Nigerii
o oceanie który li?e wybrze?a z?otego piasku
o gwiazdach spadaj?cych w nadstawione d?onie
o palmach których li?cie jak otwarte d?onie
s?ucha?am nie odrywaj?c ust od jego r?ki

trzy lata temu

odszed? ocean ode mnie
pociemnia?y wybrze?a z?otego piasku
pogas?y z?ote gwiazdy - parne noce New Yorku
moje cia?o ostyg?o
i tylko czasem wiatr
na niebie bia?ym z ch?odu
zapala bezlitosne czarne s?o?ce

 


*** za ca?? mi?o?? - bracie Aniele


za ca?? moj? mi?o?? - bracie Aniele
da?e? mi z?oto w tle i b??kitn? sukienk?
i przypi??e? mi par? skrzyde?
i unios?e? w niebo

a ja nie jestem gwiazd?
?aden z moich promieni nie rozdar? ciemno?ci
w ciemno?ci umiem tylko kocha?
i o kolorach nie wiem nic

w moich zaci?ni?tych d?oniach z?oto zachodzi czerni?
i krew poch?ania b??kit
i nisko do ziemi
- jak cia?o moje do twego -
przywiera moje niebo

 


*** paznokciami wczepiona w s?owa


paznokciami wczepiona w s?owa
mówi? - jak?e ci? kocham
jarz?bino czerwona
od krwi mojej
pio?unie poblad?y
od mojego bólu
i lesie lesie ciemny
nieprzebyty jak ?mier?

 


*** zawsze kiedy chc? ?y? krzycz?


zawsze kiedy chc? ?y? krzycz?
gdy ?ycie odchodzi ode mnie
przywieram do niego
mówi? - ?ycie
nie chod? jeszcze

jego ciep?a r?ka w mojej r?ce
moje usta przy jego uchu
szepcz?

?ycie
- jak gdyby ?ycie by?o kochankiem
który chce odej?? -

wieszam mu si? na szyi
krzycz?

umr? je?li odejdziesz

 


*** Joanno - ty mi o?wietlasz drog?


Joanno - ty mi o?wietlasz drog?
wchodz?ca po stromych stopniach
prowadzona przez p?omie?

w spalaniu musi by? sens
inaczej
niczym jest roz?arzony popió?

a tak i ciebie i mnie i mojego bia?ego psa
Joanno
czeka ?wietlista korona

policz? nas w grono ?wi?tych
za to uparte wchodzenie

i ciebie i mnie i mojego bia?ego psa

 


*** nie potrafi? by? tylko cz?owiekiem


nie potrafi? by? tylko cz?owiekiem
jest we mnie sp?oszona mysz
i ?asica w?sz?ca zapach krwi
i przestrach i po?cig
poros?e w?osem mi?so
i my?l

nie umiem by? tylko drzewem
wytrwa?y wzrost nie jest moim jedynym
celem
ani t??enie konarów
ani owoc
ani kwiat

ciekawo?ci? naci??am kor?
oszlifowa?am zastyg?e ?ywiczne krople
?yw? tkank? zamieniam codziennie
na ?wiec?ce próchno s?ów

s?owami
skar?? si? z moich udr?cze?
jak gdyby liryka by?a kluczem
którym mo?na by otworzy?
zatrza?ni?ty przed wiekami raj

 


*** Bo?e mój zmi?uj si? nade mn?


Bo?e mój zmi?uj si? nade mn?
czemu stworzy?e? mnie na niepodobie?stwo
twardych kamieni

pe?na jestem twoich tajemnic
wod? zamieniam w wino pragnienia
wino - zamieniam w p?omie? krwi

Bo?e mojego bólu
at?asowym oddechem wymo??
puste gniazdo mojego serca

lekko - ?eby nie pognie?? skrzyde?
tchnij we mnie ptaka
o g?osie srebrnym z tkliwo?ci

 


*** tak wiele serc ku tobie biegnie


tak wiele serc ku tobie biegnie
?e móg?by? by?
i najszczodrzej
s?o?cem poz?oci? moj? n?dz?
spójrz - znowu si? do ciebie modl?
o tkliwo??

pot??ny
kto jeszcze tak w ciebie uwierzy
komu jeszcze b?dziesz tak potrzebny
jak mnie

najubo?szy
odarty ze ?wietno?ci jak styczniowe drzewo
p?on?cy ze wstydu
w brunatnym ciele pnia
wys?uchaj
prosz? o tkliwo??

spu?? na mnie ?ask krople s?one
r?ce rozrzutne
i ciep?o warg

 


*** modl? si? do zieleni


modl? si? do zieleni
korzenie prosz?
?eby tkliwie obj??y
moje nagie ramiona

z roz?piewanych ?eber
i gi?tkich napi?stków
buduj? ko?ció?
dla egipskich zielonych chrab?szczy

 


*** moja twarz jest coraz bardziej


moja twarz jest coraz bardziej
ksi??ycem który zachodzi

pokryta siatk? wy??obie?
jak grecka waza
wydobyta z ziemi

pe?na pami?ci dotyku
r?k i ust które od dawna ju? s? prochem

w tej chwili
nadaje si? tylko na muzealn? pó?k?

zbyt krucha
i zbyt cenna
aby u?ywa? jej na co dzie?

 


*** czasem przychodzi ostra


czasem przychodzi ostra
?wiadomo?? konieczno?ci
rozkruszonej ziemi

nie wiem gdzie id? po ?mierci
najmniejsze drobiny
nie potrafi? obieca? im raju

?ródgwiezdne podró?e nie dla nich
pos?uszne prawu ci??enia
spadaj? spadaj?

 


*** jeszcze ci?gle kr?c? w?osy na papiloty


jeszcze ci?gle kr?c? w?osy na papiloty
jeszcze poca?unki - ptactwo przelotne
przysiada na moich ustach
przed podró?? na po?udnie
lato jest coraz krótsze
coraz ch?odniejsze

jeszcze ci?gle u?miecham si? do siebie w lustrze
jako? to b?dzie - mówi? - trzeba
trzeba napali? ogie? kupi? chleb
przeczyta? Platona
trzeba pomy?le? o jutrze

jeszcze ci?gle kiedy oddycham
srebrzy si? powietrze
drobny ob?ok przez chwil? dr?y potem si? rozp?ywa
i nie ma nic
ani u?miechu ani my?li o jutrze
ani ciep?ego dotyku d?oni - ?ywej

 


*** tutaj le?y Izold jasnow?osa


tutaj le?y Izold jasnow?osa
bia?a Izold o z?otym warkoczu
bardzo jasno jest w szpitalu noc?
?wiec? ogniki oczu

trzepotliwy oddech o ?ciany
t?ucze si? jak uwi?ziony ptak
na spotkanie wybiega mu wiatr
w korytarze w?skie zab??kany

i wiem ?e si? nieodwo?alnie stanie
nim obudzi okna nowy dzie?
na szpitalnym ?ó?ku z?ota cie?
i szept wiatru poza oknem - Tristanie

 


wizyta


odwiedzam to miejsce codziennie
tutaj najg??ciej zlatuj? si? duchy
- tancerka trwo?nym gestem
przyciska bij?ce serce -

przechodz?c
spotykam ?ci?te kwiaty
s? tak pi?kne
?e przystaj? i patrz?

fontanna zgas?a
trzeba spostrzegawczo?ci
?eby zauwa?y? t? jedn?
z wielu drobnych ?mierci
drzewa natomiast rozros?y si? wspaniale
o czwartej rano ?piewaj? - wiem

w?ska ni? ?witu
coraz cz??ciej bieleje w moich dwudziestu o?miu
latach

ostatnie cztery sp?dzi?am nad filozofi?
chcia?am rozwi?za? zagadk? bytu
lecz to co mi pokazano
to nie by?o drzewo ani cia?o
to by?y s?owa s?owa s?owa

ludzie s? ?miertelni
Sokrates jest cz?owiekiem
a wi?c Sokrates musi umrze?

wyrok wykonany
Sokrates umar?
w ?ó?tym wazonie opadaj?
kupione na rynku kwiaty

odwiedzam to miejsce codziennie
nie licz? na u?askawienie

 


azylum


tutaj czas zakrzep?
jak krew w ?y?ach umar?ego
banda?e z usch?ych li?ci
owijaj? st??a?e cia?o

doskona?ego snu
nie przerywa
szum go??bich skrzyde?
ani szelest fontanny

faraon w papirusach
namalowan? twarz?
pob?a?a
nag?emu kwitnieniu drzewa

na nieruchomych ?ci?gnach
krótkie interludia
wygrywa przelatuj?cy wiatr

poza tym cisza

 


*** odk?d ptaki odfrun??y z moich s?ów


odk?d ptaki odfrun??y z moich s?ów
i gwiazdy zgas?y
nie wiem jak nazwa?
strach i ?mier? i mi?o??

przygl?dam si? d?oniom
bezradne
oplataj? jedna drug?
i moje usta milcz?

bezimienne
wyrasta nade mn? niebo

i coraz bli?sza
bez imienia
ziemia rozkwita

 


Wyspa na jeziorze


Ezra Pound
O Bo?e, o Wenus, o Merkury, patronie z?odziei!
Spraw, abym we w?a?ciwym czasie posiad? sklep
z tabak?:
Ma?e jasne pude?ka
schludnie na pó?kach
poustawiane.

I rozpylony zapach tureckiej machorki
i prasowany tyto?
jasny Virginia
rozsypany w oszklonych
gablotkach
I ma?? wag? o szalach niezbyt t?ustych,
I ?eby, przechodz?c, prostytutki wpada?y na s?owo
Na b?yskotliwe s?ówko, albo przypi?? w?osy.

O Bo?e, o Wenus, o Merkury, patronie z?odziei!
U?ycz mi ma?y sklep z tabak?,
lub jakikolwiek daj zawód,
Byle nie t? przekl?t? profesj? pisarza,
który musi si? ci?gle z w?asnym
mózgiem pora?.

 


Studium estetyki

Ezra Pound
Drobne dzieci w podartej odzie?y
Pora?one niezwyk?? m?dro?ci?
Porzuci?y zabaw?, kiedy przechodzi?a,
I wrzaskiem wype?ni?y bruk:
Guarda! Ahi, guarda! Ch'e be'a! (* Popatrz! Ach, popatrz, jaka ona pi?kna!)

Lecz trzy lata pó?niej
S?ysza?am m?odego Dante, którego nazwiska nie znam -
Bo tam w Syrmione jest dwudziestu o?miu m?odych
Dantych
i trzydziestu czterech
Katullusów,
I by?o to w okresie wielkiego po?owu,
I jego starsi bracia
Pakowali ryby w wielkie drewniane skrzynie
By je zawie?? na targ do Brescii, i on
Skaka? doko?a zast?puj?c im drog?,
I na pró?no wzywali go: sta fermo! (* B?d? spokojny)
A kiedy mu nie pozwolili uk?ada? ryb w skrzyniach,
Rozrzuci? te, które ju? by?y u?o?one,
Mrucz?c z zadowoleniem
Identyczne zdanie
Ch'e be'a!

I s?ysz?c to by?em lekko zmieszany.

 


Sestina: Altaforte


Ezra Pound
I

Niech to diabli! Ten ?mierdz?cy popo?udnia spokój!
Kurewski synu, Papiols, gdzie?e?! Gdzie muzyka!
Istniej? tylko wtedy, gdy s?ysz? szcz?k mieczy,
Bo ach, kiedy sztandarów purpura i z?oto wiatrowi naprzeciw
I poni?ej nich pole obleczone w szkar?at
Wyje moje serce ob??kane z rado?ci!

II

W upalne lato szalej? z rado?ci,
Kiedy burza u?mierca ziemi gnu?ny spokój
I czarne niebo smaga b?yskawicy szkar?at
I dziki ?ywio? pe?en rycz?cej muzyki
I ob??kane chmury wiatrowi naprzeciw
I w wydr??onym niebie szcz?k mieczy.

III

Spraw, o piek?o, bym wkrótce us?ysza? szcz?k mieczy
I ostre r?enie koni ta?cz?cych z rado?ci!
Pier? okuta w ?elazo piersi okutej naprzeciw!
Lepsza godzina walki ni? przez wieki spokój!
T?usty w jad?o, w napoje, w d?wi?k ?agodnej muzyki,
Bo gdzie? wino czerwie?sze ni? krwi szkar?at!

IV

I wielbi? s?o?ca wschodz?cego szkar?at
I ?ledz? jak mrok pada pod ciosem jego mieczy
I serce moje pe?ne szalonej rado?ci
I suche moje usta od pr?dkiej muzyki,
Tak chwal? go, gdy niszczy nieba gnu?ny spokój
Jedno tylko ciemno?ci ogromnej naprzeciw!


V

W tym kto tchórzem podszyty, kto stoi naprzeciw
Mej pie?ni m?skiej, nie p?ynie krwi szkar?at,
Lecz serce jego dr??y czerw - niewie?ci spokój,
Obce mu m?stwo zbrojnych i szcz?k ostrych mieczy!
Widz?c ?mier? takich zgni?ków szalej? z rado?ci,
Ach, i pe?ne powietrze mej dzikiej muzyki!

VI

Papiols! Papiols! Muzyki!
Nie masz d?wi?ku jak gdy miecz mieczowi naprzeciw!
Nie masz krzyku jak krzyk rado?ci,
Kiedy r?ce po ?okcie zanurzone w szkar?at,
Gdy gin? "Leopardy" na ostrzach naszych mieczy!
Niech Bóg pot?pi wszystkich, którzy skoml? "Spokój"!

VII

I niech si? miecze oblok? w krwi szkar?at!
Niech da piek?o, bym wkrótce us?ysza? szcz?k mieczy!
Niechaj piek?o poch?onie na zawsze my?l "Spokój"!

 


Canto XIII


Ezra Pound
Kung przechadza? si?
przed ?wi?tyni? dynastii
I w gaju cedrowym
i potem nad nisk? rzek?,
I by? z nim Khieu Tchi
i Tian mówi?cy cicho
I powiedzia? Kung "jeste?my nieznani.
B?dziecie powozi? -
wtedy staniecie si? s?awni.
Czy mo?e ja mam powozi? lub strzela? z ?uku,
Czy mam przemawia? publicznie?"
I powiedzia? Tseu-lou "móg?bym zaprowadzi?
porz?dek".
I powiedzia? Khieu "gdybym by? w?adc? prowincji
Zaprowadzi?bym lepszy porz?dek ni? jest".
I powiedzia? Tchi "wola?bym ma?? ?wi?tyni? w górach
I ko?cielny obrz?dek
z zachowaniem zwyk?ego
rytua?u".
I powiedzia? Tian z r?k? na strunach lutni,
Która d?wi?cza?a jeszcze
chocia? odj?? r?k?
I d?wi?k jak dym unosi? si? nad li?cie,
Gdy on wiód? za nim oczyma,
"zag??bienie w rzece
I ch?opcy odbijaj?cy si? pi?tami od deski,
Albo w zaro?lach graj?cy na mandolinach".
I wszystkim jednakowo Kung
odpowiedzia? u?miechem.
I Thsen-sie chcia? si? dowiedzie?,
który z nich da? dobr? odpowied?.
I powiedzia? Kung "wszyscy odpowiedzieli dobrze,
To znaczy ka?dy wedle swej natury".
I Kung wskaza? trzcinow? lask? Yuan Janga
swego starszego brata,
Który siedzia? przy drodze udaj?c,
?e sp?ywa na? m?dro??.
I powiedzia? Kung
"odejd? st?d, stary g?upcze,
Wsta? i zajmij si? czym? po?ytecznym".
I powiedzia? Kung
"Szanujmy zdolno?ci dziecka
Od momentu gdy wdycha czyste powietrze,
Ale cz?owiek pi??dziesi?cioletni, który nie wie nic,
niewart jest szacunku".
I "kiedy ksi??? zgromadzi wokó? siebie
Wszystkich m?drców i artystów, dobrze u?ywa
swych bogactw".
I powiedzia? Kung, i zapisa? na bambusowym li?ciu
"je?li cz?owiek nie znajdzie
porz?dku w sobie
Nie b?dzie móg? uczyni? porz?dku wokó? siebie;
I je?li cz?owiek nie znajdzie porz?dku w sobie
Jego rodzina nie b?dzie przestrzega? porz?dku;
i je?li ksi??? nie znajdzie porz?dku
w sobie
Nie b?dzie porz?dku w jego w?o?ciach".
I Kung wymówi? s?owa "porz?dek"
I "braterskie poszanowanie"
I nie powiedzia? nic o "?yciu po ?mierci".
I powiedzia?
"ka?dy mo?e przebra? miar?;
?atwo jest strzeli? i trafi? obok celu,
Trudno jest trwale sta? w ?rodku".
I zapytali "je?li cz?owiek pope?ni morderstwo,
czy jego ojciec powinien go ukry?
i chroni??"
I powiedzia? Kung
"powinien go ukry?".
I odda? Kung swoj? córk? Kong-Tchangowi,
chocia? Kong-Tchang by?
w wi?zieniu;
I odda? swoj? siostrzenic? Nan-Youngowi,
chocia? Nan-Young by? bez pracy.
I powiedzia? Kung "Wan rz?dzi? z umiarem,
za jego czasów dobrze by?o
w pa?stwie
I nawet ja pami?tam
Dzie?, w którym historycy zostawili w pismach
bia?e karty,
Bo nie wiedzieli, czy si? co? dzieje,
A czas zdawa? si? up?ywa?".
I powiedzia? Kung "bez charakteru
nie b?dziesz móg? gra? na tym
instrumencie
Ani u?o?y? melodii odpowiedniej dla pie?ni;
Kwiat morelowego drzewa
wiatr unosi ze wschodu na
zachód
A ja próbuj? uchroni? go przed upadkiem".

 


Katarynka


Jacques Prevert
Gram na pianinie
pierwszy rzek?
a ja na skrzypcach
drugi rzek?
a ja na banjo a ja na harfie
a ja grzechotk? dzwoni?
ja na tr?bie... ja na flecie
a ja na harmonii.
I gadali gadali gadali gadali
o tym na czym grali
a? nie s?ycha? by?o wcale muzyki
bo gadali gadali
gadali
i gra? przestali
i tylko w k?ciku
pewien cz?owiek milcza? ca?y czas
i spytali: "A pan na czym gra?"
"Ja katarynk? potrafi? kr?ci?
a tak?e w no?e grywam ch?tnie"
powiedzia? cz?owiek który ani raz
nie odezwa? si? ca?y czas
a potem skoczy? na muzyków z no?em
i trupem wszystkich po?o?y?
i katarynk? zacz?? kr?ci?
i d?wi?k si? rozleg? taki pi?kny
tak ?ywy i tak prawdziwy
?e wnuczka gospodarza która znudzona spa?a
pod pianinem obudzi?a si?
i powiedzia?a:

"Gram w serso i w chowanego
gram w klasy i w gonionego
bawi? si? kub?em i ?opat?
bawi? si? w mam? i tat?
bawi? si? moimi lalkami
bawi? si? parasolkami
bawi? si? z siostr? i bratem
w z?odzieja którego ?api?
gram w kulk? schowan? w d?oni
lecz tym zabawom koniec koniec
chc? si? bawi? w morderc?
chc? gra? na katarynce!"
I cz?owiek wzi?? dziewczynk? za r?k?
I poszli razem do miast wspania?ych
do domów i do ogrodów
i gdzie tylko mogli ludzi zabijali
po czym si? pobrali
i mieli wielu synów
Ale
najstarszy na pianinie gra?
drugi na skrzypcach
trzeci na harfie
czwarty grzechotk? dzwoni?
pi?ty na wiolonczeli
a szósty na harmonii.
A potem gadali gadali gadali gadali
gadali
a? nie by?o s?ycha? ?adnego muzycznego w?tku
i wszystko trzeba by?o zacz?? od pocz?tku.

 


Kajetan Kovi? - Romanca


B?dziesz morzem, a ja b?d? masztem
bia?ej nocy
i mi?o?ci? pierwszego wieczoru.

Czu?ym piaskiem b?d? dla twych zabaw,
uchem mi?dzy wodorostami pami?ci,
morzem,
muszl? b?d? dla twych s?ów i dla ciszy,
ptakiem b?d? odkrzykuj?cym ci z dali,
morzem,
ciep?ym wiatrem dla twego oddania,
modrym kwiatem dla dotyku d?oni.

B?dziesz morzem, a ja b?d? masztem
bia?ej nocy
i mi?o?ci? ka?dego wieczoru.

G?odem b?d? twoich ust spragnionych,
ziarnem wody dla twego pragnienia,
morzem,
t?tnem b?d? na twej bia?ej szyi,
kwiatem na ramionach,
morzem,
ran? b?d? i krzykiem twojej rany
si?gaj?cym ostrych zimnych gwiazd.
A potem

b?d? morzem, a ty b?dziesz masztem
czarnej nocy
i mi?o?ci? ostatniego wieczoru.

 


Dane Zajc - Wielki czarny byk


Wielki czarny byk ryczy o ?wicie.
Kogo wo?asz wielki czarny byku?
Puste pastwiska.
Puste góry.
Puste kotliny.
Puste jak odg?os twego ryku.

Wielki czarny byk ryczy o ?wicie.
Jakby krew tryska?a pod wierzcho?ki sosen.
Czarna skrzep?a krew.
Jakby czerwienia?o nad lasem
krwawe oko byka.
Kogo wo?asz wielki czarny byku?
Czy?by? tylko nas?uchiwa?
odpowiedzi echa
przynosz?cego twój g?os?

Wielki czarny byku - wstaje dzie?.
Twój ryk zapada w kotlin?
jak zm?czone stado wron.
Nikt nie s?yszy twego ryku.
Nikt nie pije czarnej krwi
twego ryku.
Zamilcz wielki czarny byku.
Wielki czarny byk ryczy o ?wicie.
Na wschodzie s?o?ce ostrzy
b?yszcz?cy rze?nicki topór.

 


Sasa Vegri alias Bina Vodopivec - *** Jeszcze wyrastam


Jeszcze wyrastam
z zielonych bioder ziemi.
Jeszcze rozumiem mow?
koni i krów
i r?k,
które najpro?ciej
mówi? mi o swej niezmierzonej mocy.
Nie potrafi?y mnie uwi?zi?
ulice, które kocham
za ich biedn? uleg?o??.
?miechem
s?onecznych dni oddycham,
znu?eniem pochmurnego nieba,
ca?ym bogactwem
zw?tpie?, nienawi?ci i mi?o?ci.
Mówi?
s?owami mojego ludu,
któremu obca boja??,
i który wierzy
w modlitw? i przekle?stwo
tak samo
jak w swoje t?uste stada.

 


Jo?e Udovi? - Ballada


Len nieba
rozpi?ty
na drewnianym kozolcu.

Mrok siada na dachu,
mróz przywiera
do skrzy?owanych bali.

Z ka?u?y
ch?epcze wod?
spragniony sierp ksi??yca.

Na lewo
pole kretów,
na prawo
pole wron.

Popatrz na drzewo -
po?ród ga??zi
ko?ysze wiatr wisielca
wstaj?cy bia?y dzie?.

 


Jo?e Udovi? - Malowany ul


Wieki ukryte w drzewie
pobru?d?onym jak czo?o starca
?ni? o zapachach lipowych,
o psalmach wieczornych pszczó?.

D?ugo prószy?o s?o?ce
szarym py?em na barwy.

Zimy pobieli?y
twarz my?liwego
i skrzyd?a pszczele zatar?y
ksi?g? nied?wiedzia.

U góry ga?nie pami??
dawnego nieba,
odfrun??y ze? ptaki,
poni?ej czas rozora?
spróchnia?e drzewo
w brunatne skiby ziemi.

My?l polatuje
jak pszczo?a
ponad starym sytnym zapachem
i nad zielonym krzakiem pio?unu.

 

 

 
© 2014 http://www.koniczynka.art.pl/
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.
 
Professionelle Joomla Templates - kostenlos