|
*** nie mam dawnej czułości dla mojego ciała nie mam dawnej czułości dla mojego ciała jednak je toleruję jak pociągowe zwierzę które jest pożyteczne chociaż wymaga wielu starań dostarcza bólu i radości i bólu ł radości czasem zastyga z rozkoszy a czasem jest schronieniem dla snu znam jego korytarze kręte wiem którędy przychodzi zmęczenie jakie ścięgna napina śmiech i pamiętam jedyny smak łez tak podobny do smaku krwi moje myśli - stado trwożnych ptaków karmią się na zagonie mego ciała nie mam dla niego dawnej czułości ale czuję ostrzej niż przedtem że sięgam nie dalej niż moje wyciągnięte ręce i nie wyżej niż mogą mnie unieść wspięte palce u nóg Oda do rąk
Bądźcie pozdrowione moje dłonie, palce moje chwytne, z których jeden przytrzaśnięty drzwiami samochodu, fotografowany promieniami Roentgena - dłoń na zdjęciu wyglądała jak zwichnięte skrzydło - niewielki okruch kości obrysowany własnym odrębnym konturem. Serdeczny palec lewej ręki ozdobiony raz pierścionkiem owdowiały jest teraz i pozbawiony swej ozdoby. Ten, który mi dał pierścionek, już dawno nie ma palców, jego ręce splotły się w jedno z korzeniami drzewa. Ręce moje tyle razy dotykające stygnących dłoni umarłych i ciepłych mocnych żywych dłoni. Umiejące pieścić niezwykle, w dotyku zatracające przestrzeń dzielącą istnienie od istnienia i niebo od ziemi. Ręce, którym nieobcy ból bezsilności, wczepione w siebie jak dwa przelękłe ptaki, bezdomne,szukające na oślep i wszędzie śladu twoich rąk. Podsłuchane Gdy tak leżą bezczynnie lewa zwrócona ku prawej, prawa ku lewej, o czym szepczą moje stopy w nie kończące się zimowe wieczory. One mówią, sobie mówią o nagrzanym sypkim piasku przywierającym do nich miękko. Bezwładnie tak leżące myślą o ziemi, ciągle o ziemi. Wąskie trawy tam rosną i nakrapiane jaszczurki przebiegają pospiesznie. Ostrożnie, żeby nie spłoszyć odpoczywającej mrówki, idą jedna za drugą, jedna przed drugą moje śmieszne bose nogi. Przypowieść Postawił diabeł Chrystusa na górze Cadillac i kazał mu spojrzeć w dół. Do nieba był tylko jeden krok, a w dole rozpościerała się kraina żyzna i piękna jak kolorowa pocztówka. Woda była głęboko błękitna, las na zboczach wysepek soczyście zielony, a piasek nadbrzeżny miał kolor złotego kruszcu. - To wszystko będzie twoim - kusił diabeł - jeśli dasz mi drobiazg - duszę. Popatrzył Chrystus - do nieba był tylko jeden krok - i pokręcił głową. - Nie, diable, nie skusisz mnie miękkim futrem lasów ani przejrzystym lustrem wody, bliższa mi od nich moja własna dusza. Zmartwił się diabeł, ale nie stracił nadziei. Przejdźmy się trochę - powiedział - i zeszli nisko pomiędzy łodzie rybackie. Wszedł Chrystus do łodzi i zobaczył, jak rybacy zarzucają sieć, a potem z wysiłkiem wielkim, ryb pełną, ciągną ku brzegowi. Zaczął im pomagać Chrystus i gdy z oddechem krótkim i błyszczącymi oczyma już dotykał trzepoczących w sieci, powiedział diabeł - będą twoje, ale tylko wtedy, jeśli mi oddasz duszę. - Bierz ją - krzyknął Chrystus - obydwie ręce zanurzone w wodzie - i nie przeszkadzaj ludziom w codziennej walce o życie na ziemi. Protest kruche ściany szczęścia rozsadza pamięć do ziemi przyległy miękko grzywy sennych wulkanów głód przeciąga się leniwie w delikatnych włóknach mięsa Skopje było niegdyś miastem wiszące ogrody Semiramidy drzewa kładły w parowach ulic dobroczynny cień kondygnacje kamienne pełne ruchu i światła ziemia ziewnęła zniknęło miasto w błękitnych zaułkach ciała śpiewa czerwona krew ona ma ostry słodkawy zapach martwego mięsa ciało poddaje się uciskowi dłoni dłoń wytłacza na ciele fioletowe wzory ciało osuwa się na ziemię ciemnieje krew pamięć rozrywa na włókna kruche ściany szczęścia II ze śnieżnej lawiny osuwającej się na śpiącą wioskę - czuwała jedynie igła kościelnej wieży z nurtów rzeki która opuściła brzegi zmywając z powierzchni ziemi miasto z dymiącej lawy wulkanu która popiołem przykryła pola uprawne z wiatru który podniósł wody oceanu i zatopił kilkadziesiąt smukło wiązanych statków z żywiołu który śpiewa w naszych żyłach hymn głodu i okrucieństwa z krwi... musimy wynieść i ocalić garść nocy garść dni III ona pojęła ideę człowieczeństwa ta córa faraonów pochylona nad nurtem rzeki w koszyku wiklinowym kwiliło ludzkie pisklę wyniosła je na brzeg ogrzała oddechem zziębnięte ręce rozpłakane oczy osuszyła dotykiem ust rzeka płynęła dalej tocząc muł i kamienie oddaliła się córa faraonów z małym wiklinowym koszykiem przed człowiekiem rozstępują się morza manna spada na pustynie rzeka płynie dalej tocząc muł i kamienie Wietnam 1956 I na szczęście rodzice mi dali łatwo palne ciało wystarczy odrobina benzyny w lekkich fałdach sukienki wystarczy odrobina siarki na ciemnej główce zapałki nie mów mi o miłości nie przypominaj o zapachu lasu o moich młodych włosach o palcach zapaliłam ten stos żeby rozświecić ziemię po omacku szłam i w ciemności nie przypominaj o palcach nie przywołuj zapachu spójrz - płonę z miłości II jeszcze ciągle nie wiem czemu to uczyniłam miałam matkę i ojca i małego brata który psocił biegnąc do szkoły lubiłam zwierzęta przyjaźniłam się nawet z gwiazdami opłakiwałam śmierć każdego kwiatu dlaczego dlaczego to uczyniłam gazety napisały o mnie pewien fotoreporter zdołał nawet utrwalić moje dogasające członki niewiele tego było garść dwie matka nie umiała odczytać imienia z popiołu brat kręcił się niecierpliwie i widząc że oślepła z rozpaczy uciekł zamiatacz uliczny posypał piaskiem ciemną plamę na troruarze jeszcze ciągle nie wiem dlaczego nieobecna tułam się w wietrze nikt nie chce mnie zauważyć nikt jeszcze nie położył ręki na mojej głowie a przecież mam włosy miękkie i lśniące jak letni dzień usta stworzone do pocałunków... III dawno temu moją dziecinną wiarę zabiło okrucieństwo mogłam napisać dramat albo wiersz mogłam wychować kilkoro dzieci nauczyć je nienawiści mogłam wejść do własnego domu otworzyć okno odetchnąć wieczornym powietrzem posłuchać o czym rozmawiają liście mogłam uśmiechać się do ludzi mówić dzień dobry mówić do widzenia mówić jaką pani ma piękną suknię mogłam oswoić kota tak że chodziłby za mną krok w krok i może umarłby wtedy gdybym ja umarła dawno temu przeżyłam to wszystko w krótkim okamgnieniu a teraz jestem niczym ukołyszcie do snu sumienia nie patrzcie w dogasający żar Wielkopostna legenda dwa tysiące lat temu urodziła panna w Galilei niemowlę dziecko było bezbrzeżnie nagie a ona nie miała nic oprócz miłości i tak rosło ogrzewane oddechem aż dorosło do nienawiści i przybili go do drzewa ludzie a ona patrzyła potem - mówią - że wstąpiła w niebo ale równie dobrze mogła zstąpić w ból tak był głęboki Podróż pociągiem osobowym mała siostra podróżuje teraz przez życie uśmiecha się do niej rudy konduktor stojący na stopniach wagonu on ma żonę i czworo dzieci nigdy niesytych a głód który mu drąży trzewia podobny do ich głodu żarłocznie patrzy na małą siostrę pan konduktor każę jej się przesiąść do następnego wagonu następny wagon jest dla niepalących siedzi tu kilku staruszków wydaje się że drzemią myślę - tu będzie bezpieczna rozglądam się gdzie ją posadzić gdy wtem chwytam spojrzenie spod półprzymkniętych powiek wymierzone w jej dziecinne ramiona i szczupłą szyję nie - mówię - tu zbyt duszno chodź znajdziemy miejsce dalej ciągnę już wzdłuż korytarza zadyszaną zmęczoną robi się tłoczno w przedziałach już wszystkie miejsca zajęte mężczyźni wsparci na oknach palą papierosy czytają gazety kobiety poprawiają włosy ich suknie wilgną od potu stajemy pośród tłumu niepodobna przepchnąć się dalej słyszę że pociąg rusza i w biegu skaczę ze stopni mała siostra odjeżdża milknie stukot kół... Zdarzenie epiczne kiedy Zeni przyjechała do New Yorku to miała tylko zieloną sukienkę i oczy wąskie i tak chodziła Zeni pośród drapaczy chmur wspinając się na palce jak gdyby chciała dojrzeć światło dalekie i chłodne gwiazd które pozostały w Texasie spotkał Zeni pewien malarz i poprosił żeby mu pozowała spytała czy jej sukienka nie jest zbyt stara i zmięta nie odpowiedział zresztą chodzi o twoje ciało a suknię jeśli chcesz spraw sobie nową za te oto pieniądze chodzi Zeni po New Yorku oczy ma wąskie w jej ręku zielone banknoty śpiewają jak ptaki nowych sukni ma więcej niż odcieni w palecie malarskiej i coraz dalej coraz zimniej świecą gwiazdy Texasu aż raz zobaczyli ludzie ciemną plamę na bruku leżała z włosami w nieładzie na nieruchomej twarzy pobielały wąskie oczy a ponad lasem wieżowców na niebie czerwonym zimno płonęły gwiazdy Texasu Asocjacje z motywem śmierci chcę pisać o zmarłej aktorce została po niej nietrwała pamięć i pusta fiolka po proszkach na sen proces płowienia zaczęty opadły listy listopad opadły zdjęcia grudzień obojętny wiatr styczniowy poniósł strzęp afisza jest różnica pomiędzy powodzeniem i szczęściem powodzenie jest zawsze dla innych szczęście jest bardzo ciche II ciało - miękkie fosforyzujące wnętrze o przewodach najczulszych najcieńszych włókna nerwy spięcia błyski biegnące od rzęsy do rzęsy doskonała obłość odkrywająca światu jego własną konstrukcję ignorowana przez świat nawzajem ignorująca ubierała się w słońce a czasem była naga pusta fiolka po proszkach nasennych i wspaniały pogrzeb proces płowienia zaczęty *** trzeba życzyć temu kotu trzeba życzyć temu kotu dobrej nocy sztywne nogi wskazują cztery koła wielkiego wozu papier szeleści na mordce suchej kocie oczy zamknięte do pazurów przypięte skrzydło *** przeciw światu przeciw światu miał tylko dwie szczęki dwie szczęki uzbrojone w zęby to mało bo gdzie filozofia bytu gdzie teologia gdzie wiara w białość on wierzył tylko w ręce człowieka przynoszące pożywienie a czasem śmierć jednakowo wdzięczny za pożywienie i za śmierć *** przychodzi do mojego domu przychodzi do mojego domu jak zmarznięty bocian pytam - poezjo co ci a ona mówi że już jest oswojona i że prosi o kroplę mleka i nie karmię jej nigdy nie karmię do syta i skrzydłom nie wierzę opuszczonym bo wiem że rozkwitną jak ziemia wiosną rozkwita i poniosą ją z mojego domu *** drzazga mojej wyobraźni drzazga mojej wyobraźni czasem zapala się od słowa a czasem od zapachu soli i czuję jak pode mną przestępuje z nogi na nogę okręt i ocean jest niezmierzony bez żadnego brzegu zamknięta w łupinie drewna jestem cudownie wolna nie kocham nikogo i niczego *** pytasz czemu pociąga mnie magia liczb pytasz czemu pociąga mnie magia liczb liczbą wyrazić pragnę nieskończoność mojej tęsknoty mojej miłości chcę żeby zastygła w krysztale liczb żeby dni ślizgały się po niej jak po diamencie słońce chcę żeby trwała nie skażona mijaniem aby nie była więcej ani tęsknotą ani miłością *** jaki to piękny szkielet jaki to piękny szkielet gdyby przycisnąć usta odpowiedziałby pocałunkiem kość misternie związana z kością owinięta w elastyczne włókna kiedy idzie ulicą demonstruje dokładność z jaką staw się zgina rozgina w płynności jego ruchów jest muzyka niebieskich sfer o - jedną trzyma w dłoni okręca ją wolno i posłuszny świat wiruje wokół niego jaki to kruchy szkielet rozpada się w proch przy lada niepowodzeniu *** moim głównym zajęciem jest malowanie brwi moim głównym zajęciem jest malowanie brwi maluję brwi ze skupieniem tak to czynią kobiety już przelękłe nakłuwające luster powierzchnie uważnym spojrzeniem narożnik kamienicy którą mijam każdego rana zakręt ulicy którą przechodzę wątłe palce pleśni obejmują ziarna piasku rosną szpary w ścianach ogromnieją szpary w podłodze kruszą się rozsypują ulice wiatr je w cztery strony niesie wiatr się z nimi w chowanego bawi nagarniając włosy na policzki patrzę jak kamienie porastają w trawy *** chodź tu do mnie najmilszy chodź tu do mnie mój najmilszy pogwarzymy sobie ja - z ustami w twoim futrze ty - z paznokciami w gwiazdach szarpiesz w strzępy złote futra słyszę - wszechświat pomrukuje na dnie głębokiego gardła zostawił nas całkiem samych mnie - z ustami w twoim futrze ciebie - z gwiazdą w oku wymykamy się obrotom chytrze za nic mając czas *** delikatnie niosę moje serce delikatnie niosę moje serce jak obciętą głowę świętego Jana ziemia tańczy pode mną moje serce jest amebą wydłużającą się bez końca żyjątkiem ten świat należy do niego łóżko obraz cztery kąty moje serce lubi geometrię i harmonię ostrożnie je niosę jak obciętą głowę świętego *** pytasz - co dźwigają w jukach wielbłądy pytasz - co dźwigają w jukach wielbłądy podróżne one niosą moje serce poprzez pustynię kiedy odszedłeś ode mnie zostałam sama pod żółtym słońcem ziemia jest sucha i serca ludzi puste nie dla mnie bije źródło tkliwości czasem cię widzę lecz wyciągniętymi rękoma dotykam tylko mojej myśli o tobie pytasz - co dźwigają w jukach wielbłądy podróżne one niosą moje serce poprzez pustynię *** jest cała ziemia samotności jest cała ziemia samotności i tylko jedna grudka twojego uśmiechu jest całe morze samotności twoja tkliwość ponad nim jak zagubiony ptak jest całe niebo samotności i tylko jeden w nim anioł o skrzydłach tak nieważkich jak twe słowa *** wczoraj pisałam wiersze wczoraj pisałam wiersze tak jak dziś rozdaję pocałunki moje pocałunki potaniały wiersze są coraz rzadsze wiersze piszę już tylko wtedy kiedy zrani mnie kolor kwiatu albo kiedy nietoperz w nocnym przelocie dotknie mojego policzka całuję o każdej porze roku całuję przygodnie spotkanych studentów lekarzy poetów oni potem piszą o tym wiersze tak jak ja rozdaję pocałunki garściami bezmyślnie pośpiesznie *** zbawienie jest w ciepłym futrze zbawienie jest w ciepłym futrze zbawienie jest w słodkim mięsie zbawienie jest w płynnej krwi chwalmy rozpustę ze czcią wymawiajmy imiona Tais Fryne i Judyty ulicznicy żydowskiej przyszłość świata jest w naszych ramionach ach ona jest w naszych gorących ramionach w naszych udach pragnących bezwstydnych w naszych żyznych piersiach ze czcią powtarzajmy imiona Tais Fryne i Judyty ulicznicy żydowskiej po przestworzach zatacza się ziemia kłącze traw wyciąga do słońca mężczyźni ryją w podziemiach ślepymi pyskami kretów a my - wiedza jest w naszych ramionach zbawienie jest w słodkim mięsie Tais Fryne i Judyty ulicznicy żydowskiej *** to my rodzimy mężczyzn o mocnych dłoniach to my rodzimy mężczyzn o mocnych dłoniach nie z uśmiechu lecz z bólu i ziemi - pachnące jak pachnie ścięta trawa pod lipcowym słońcem w głębokich wąwozach naszych trzewi są mchem wysłane gniazda i są pisklęta i dzieje się tam tajemnica istnienia które nikt nie przejrzał i rosną pokłady prehistorii której nikt nie upamiętnił ponad naszymi czołami renesanse przeciągają złotą chmurą w naszych oczach średniowiecza przyklękły w zamyśleniu a my ciche jak Maria akceptujemy z pokorą łaknienie naszych trzewi i naszych rąk przeznaczenie *** tak lekko przesuwamy się z objęć... tak lekko przesuwamy się z objęć do objęć z naszych ramion otwartych wymyka się słońce aby okrążać ziemię i czynić dzień rozkołysane morze jest naszym wnętrzem i flotylle odpływające w przyszłość chwieją się zakotwiczone w zgięciu naszych kolan w półksiężycu uniesionych stóp naprzeciw obrazu niech krzyczą o twojej urodzie wargi mężczyzn przygryzione do krwi niech brunatnieją ich pięści zaciśnięte niech odkrywają wyspy na oceanie spokojnym aby twoje uszy ubrać w perły niech strzygą owce i niech orzą palcami dna rzek abyś mogła się ubrać w suknię wyszytą złotem niech wypłukują piasek potąd aż pozostanie im w dłoni twarde i lśniące pragnienie Idąca poprzez ciemność na spotkanie kochanka nie boję się ani wężów ani nocy bardzo się boję gdyby nie oczy mojego kochanka które pamiętam gdyby nie ręce mojego kochanka które pamiętam uciekłabym zdjęta strachem noc jest ciemna węże luźno zwisają z drzew nocy poprzez węże i ciemność idę pamiętam jego ręce jego oczy śpiący jednorożec ponieważ jesteś piękny dla ciebie jest moich kolan miękkość aksamit mojej sukni podpełza pod twój sen ponad uśpionym świecę sierpniowym firmamentem i gwiazdy oczu moich spadają w białą sierść *** rozstanie jest ptakiem rozstanie jest ptakiem który rozpostarł pióra ode mnie do ciebie wszystkie pióra są ciemne wszystkie dni bez ciebie noce drżą rozsypane pióra po niebie kiedy przyjdziesz złote pióra zbiegną się w słońce umrze ptak *** znowu pragnę ciemnej miłości znowu pragnę ciemnej miłości miłości która zabija tak o śmierć modli się skazany przyjdź dobra śmierci rozrzutna bądź jak noc sierpniowa bądź ciepła dotknij mnie lekko odkąd poznałam jej prawdziwe imię przygotowuję moje serce na ostatni urwany wstrząs *** powlokłam lakierem paznokcie powlokłam lakierem paznokcie i moje palce błyszczą panie mój bądź miłościw moim myślom obrysowałam ciemną kredką powieki i niebo gwiaździste odbija się w mym spojrzeniu panie mój bądź miłościw memu pragnieniu przywitałam cię pocałunkiem najprościej panie mój bądź miłościw mojej miłości *** czekam na ciebie obok tej nocy czekam na ciebie obok tej nocy która przysiadła na sąsiednim krawężniku i ciemne usta podpiera i ma postać Murzynki chmurne oczy na policzku cień liścia palmowego mówię tej nocy - nie dzwoń złotem gwiazd uspokój w fałdach sukni wiatr czekaj przecież wiesz że on przyjdzie jak deszcz co myje włosy wyschniętego na słońcu drzewa *** pragnę cię pragnę cię a to jest zmowa czujnych włókien a to jest pląs w ślepych zaułkach żył na uwięzi trzymam dziesięć otwartych żeby mi nie wybiegły naprzeciw twoich brwi żebyś ich nie uniósł w zdziwieniu nie pojął *** pod deszczem twoich spojrzeń pod deszczem twoich spojrzeń moja pogarda staje się uległa drąży w jej wnętrzu pragnienie w czułość porasta twoje oczy przebijają hartowną stal śmiechu ciepłym deszczem spłukują mnie ze mnie *** czas jeszcze nic nie wie o twoim czole czas jeszcze nie wie nic o twoim czole twój smutek jest rozkoszą w wargach tętni krew czemu przychodzisz do mnie każdego wieczoru przynosząc mi jałowe ziarno słów drżę kiedy myślę o twych mocnych dłoniach obejmujących kruche szkło od twego ciała cień pada na wszystkie moje sny i świt krwawi codziennie zabitą nadzieją *** pokornie cię kocham pokornie cię kocham widzisz nawet łokieć swój kocham bo raz był twoją własnością widocznie tak można z najprawdziwszym mieniem rozstać się i nie patrząc wstecz odejść widocznie można pośrodku chłodnej ziemi zostać *** podziel się ze mną podziel się ze mną mojej samotności chlebem powszednim obecnością zapełń nieobecne ściany pozłoć nie istniejące okno bądź mi drzwiami nade wszystko drzwiami które można otworzyć na oścież *** rozcinam pomarańczę bólu rozcinam pomarańczę bólu połową bólu karmię twoje usta głodni tak dzielą chleb spragnieni wodę uboga jestem - mam tylko ciało usta ściągnięte tęsknotą ręce - jesienne liście wyglądające odlotu rozcinam pomarańczę bólu sprawiedliwie na pół gorzkim ziarnem karmię twoje usta *** Hypacja malowała rzęsy lekko Hypacja malowała rzęsy lekko w jej czynności był umiar - półcień fioletowy na białym policzku przelotnym gołębiom sypała czerwone ziarno słów przechodząc obok drzew pozdrawiała je skinieniem głowy rosło w niej zielone zdziwienie rozgałęziało się zielone zdziwienie tak żyła a umarła po prostu z miłości *** no i co o niej wiesz no i co o niej wiesz o niej która ma włosy zaledwie sięgające stóp twoich której oczy powiększone kredką jak miłością świecą na firmamencie twego płaskiego nieba nie dorosłeś do pięt jej urody i tylko gdy śpisz przeciągając ramiona - ogromny ona maleje nagle by wejść we wnętrze twojej zaciśniętej dłoni *** mój kochanek wcale nie jest piękny mój kochanek wcale nie jest piękny i charakter ma raczej trudny ale kto mi umaluje niebo w ciemny fiolet popołudnia gdy pozwolę mu odejść i nie wrócić mój kochanek ma gorące usta i rząd ostrych zębów kiedy śmiechem odpowiada na wyzwanie światu mój kochanek ma usta które wschodzą półksiężycem nad każdą z moich nocy mój kochanek nie jest czuły jego oczy w prostokącie ulicy tańczą zażega w dziewczętach płomień uczepiona u jego cienia trzymam miłość moją za włosy w jego cieniu wątłe źdźbło trawy w kwietniową jabłoń rozkwita *** jeśli zechcesz odejść ode mnie jeśli zechcesz odejść ode mnie nie zapominaj o uśmiechu możesz zapomnieć kapelusza rękawiczek notesu z ważnymi adresami czegokolwiek wreszcie - po co musiałbyś wrócić wracając niespodzianie zobaczysz mnie we łzach i nie odejdziesz jeśli zechcesz pozostać nie zapominaj o uśmiechu wolno ci nie pamiętać daty moich urodzin ani miejsca naszego pierwszego pocałunku ani powodu naszej pierwszej sprzeczki jeśli jednak chcesz zostać nie czyń tego z westchnieniem ale z uśmiechem zostań *** ta noc - dla ciebie ta noc - dla ciebie a w kosmatym rozkrojonym melonie nocy wnętrze słodkie i soczyste jeśli moje ciało nie zaświeci na próżno z gwiazd usypana droga wije się poprzez nieważne niebo i na próżno zgięty księżyc w głąb ziemi spogląda jeśli moje usta nie znaczą światło to z zamkniętymi oczyma przeżyjesz wszystkie dni *** mówił - że kocha mówił mówił - że kocha mówił a teraz mieszkam w jego uśmiechu i kreślę granicę bioder tak wąskich jak pień młodego świerka którego urodę chwaliłam wczoraj nim on śpiewne pragnienie posiał w moich dłoniach tańczących w moich stopach na palce wspiętych w zębach tęsknię w wielkiej zadumie podpieram brodę ręką myślę - o skórze myślę której smak cierpko złoty pamiętam stance dla Małgosi kiedy przyjdziesz i roześmiejesz usta moje lustrem jestem w którym oczy twoje skrzą kiedy przyjdziesz żeby przejrzeć się we mnie w ogrodzie moim ciężkim od jabłek czekam czereśnie na uwięzi ramion moich kiedy przyjdziesz owoce niosę dla twoich głodnych ust pragnieniu twemu wilgoć moich łąk kiedy przyjdziesz stojąca w oknie otwartym czekam niespokojnie oczyma gwiazd przeglądam noc II jeszcze rano mój miły jeszcze ptaki śpią uspokój nastroszone pocałunków skrzydła głos twój obudził miodne pszczoły słońca i tańczą ponad głową moją pełną snu głos twój skrzydłami świerszczy strąca z moich powiek ciszę miły a przecież ptaki śpią rano jeszcze mój miły a ty dotykiem ust czynisz świt w moim domu i na moim niebie rozchwiane liście topól rysuje wschód na liściach świecą krople porannego dżdżu i poję cię a przecież miły drzewa śpią *** liściu liściu osłoń mnie zielenią jestem jesienne nagie drzewo z zimna drżę wodo napój mnie jestem piaskiem gorącej suchej pustyni wiatr mnie przegarnia ręką ogrzej mnie ty który jesteś słońcem przed którym stoję ukryta w słowach jak w drzew cieniu źródło bijące ostatni dzień sierpnia dzisiaj wiatr ma południową skórę i przypomina oddech mojego kochanka - trzy lata temu - usta suche od pocałunków usta ciemne jak serce Nigerii mój kochanek był sercem Nigerii kochaliśmy się upalne trzy miesiące nierozłączni jak człowiek i jego czarny cień moje palce wplecione w mięso jego dłoni moje płuca śpiewające jego oddechem białą ręką odgarniałam włosy z ciemnego czoła nocą jego głowa obok mojej kwitła jak podzwrotnikowy kwiat mówił mi o łagodnych nocach Nigerii o oceanie który liże wybrzeża złotego piasku o gwiazdach spadających w nadstawione dłonie o palmach których liście jak otwarte dłonie słuchałam nie odrywając ust od jego ręki trzy lata temu odszedł ocean ode mnie pociemniały wybrzeża złotego piasku pogasły złote gwiazdy - parne noce New Yorku moje ciało ostygło i tylko czasem wiatr na niebie białym z chłodu zapala bezlitosne czarne słońce *** za całą miłość - bracie Aniele za całą moją miłość - bracie Aniele dałeś mi złoto w tle i błękitną sukienkę i przypiąłeś mi parę skrzydeł i uniosłeś w niebo a ja nie jestem gwiazdą żaden z moich promieni nie rozdarł ciemności w ciemności umiem tylko kochać i o kolorach nie wiem nic w moich zaciśniętych dłoniach złoto zachodzi czernią i krew pochłania błękit i nisko do ziemi - jak ciało moje do twego - przywiera moje niebo *** paznokciami wczepiona w słowa paznokciami wczepiona w słowa mówię - jakże cię kocham jarzębino czerwona od krwi mojej piołunie pobladły od mojego bólu i lesie lesie ciemny nieprzebyty jak śmierć *** zawsze kiedy chcę żyć krzyczę zawsze kiedy chcę żyć krzyczę gdy życie odchodzi ode mnie przywieram do niego mówię - życie nie chodź jeszcze jego ciepła ręka w mojej ręce moje usta przy jego uchu szepczę życie - jak gdyby życie było kochankiem który chce odejść - wieszam mu się na szyi krzyczę umrę jeśli odejdziesz *** Joanno - ty mi oświetlasz drogę Joanno - ty mi oświetlasz drogę wchodząca po stromych stopniach prowadzona przez płomień w spalaniu musi być sens inaczej niczym jest rozżarzony popiół a tak i ciebie i mnie i mojego białego psa Joanno czeka świetlista korona policzą nas w grono świętych za to uparte wchodzenie i ciebie i mnie i mojego białego psa *** nie potrafię być tylko człowiekiem nie potrafię być tylko człowiekiem jest we mnie spłoszona mysz i łasica węsząca zapach krwi i przestrach i pościg porosłe włosem mięso i myśl nie umiem być tylko drzewem wytrwały wzrost nie jest moim jedynym celem ani tężenie konarów ani owoc ani kwiat ciekawością nacięłam korę oszlifowałam zastygłe żywiczne krople żywą tkankę zamieniam codziennie na świecące próchno słów słowami skarżę się z moich udręczeń jak gdyby liryka była kluczem którym można by otworzyć zatrzaśnięty przed wiekami raj *** Boże mój zmiłuj się nade mną Boże mój zmiłuj się nade mną czemu stworzyłeś mnie na niepodobieństwo twardych kamieni pełna jestem twoich tajemnic wodę zamieniam w wino pragnienia wino - zamieniam w płomień krwi Boże mojego bólu atłasowym oddechem wymość puste gniazdo mojego serca lekko - żeby nie pognieść skrzydeł tchnij we mnie ptaka o głosie srebrnym z tkliwości *** tak wiele serc ku tobie biegnie tak wiele serc ku tobie biegnie że mógłbyś być i najszczodrzej słońcem pozłocić moją nędzę spójrz - znowu się do ciebie modlę o tkliwość potężny kto jeszcze tak w ciebie uwierzy komu jeszcze będziesz tak potrzebny jak mnie najuboższy odarty ze świetności jak styczniowe drzewo płonący ze wstydu w brunatnym ciele pnia wysłuchaj proszę o tkliwość spuść na mnie łask krople słone ręce rozrzutne i ciepło warg *** modlę się do zieleni modlę się do zieleni korzenie proszę żeby tkliwie objęły moje nagie ramiona z rozśpiewanych żeber i giętkich napięstków buduję kościół dla egipskich zielonych chrabąszczy *** moja twarz jest coraz bardziej moja twarz jest coraz bardziej księżycem który zachodzi pokryta siatką wyżłobień jak grecka waza wydobyta z ziemi pełna pamięci dotyku rąk i ust które od dawna już są prochem w tej chwili nadaje się tylko na muzealną półkę zbyt krucha i zbyt cenna aby używać jej na co dzień *** czasem przychodzi ostra czasem przychodzi ostra świadomość konieczności rozkruszonej ziemi nie wiem gdzie idą po śmierci najmniejsze drobiny nie potrafię obiecać im raju śródgwiezdne podróże nie dla nich posłuszne prawu ciążenia spadają spadają *** jeszcze ciągle kręcę włosy na papiloty jeszcze ciągle kręcę włosy na papiloty jeszcze pocałunki - ptactwo przelotne przysiada na moich ustach przed podróżą na południe lato jest coraz krótsze coraz chłodniejsze jeszcze ciągle uśmiecham się do siebie w lustrze jakoś to będzie - mówię - trzeba trzeba napalić ogień kupić chleb przeczytać Platona trzeba pomyśleć o jutrze jeszcze ciągle kiedy oddycham srebrzy się powietrze drobny obłok przez chwilę drży potem się rozpływa i nie ma nic ani uśmiechu ani myśli o jutrze ani ciepłego dotyku dłoni - żywej *** tutaj leży Izold jasnowłosa tutaj leży Izold jasnowłosa biała Izold o złotym warkoczu bardzo jasno jest w szpitalu nocą świecą ogniki oczu trzepotliwy oddech o ściany tłucze się jak uwięziony ptak na spotkanie wybiega mu wiatr w korytarze wąskie zabłąkany i wiem że się nieodwołalnie stanie nim obudzi okna nowy dzień na szpitalnym łóżku złota cień i szept wiatru poza oknem - Tristanie wizyta odwiedzam to miejsce codziennie tutaj najgęściej zlatują się duchy - tancerka trwożnym gestem przyciska bijące serce - przechodząc spotykam ścięte kwiaty są tak piękne że przystaję i patrzę fontanna zgasła trzeba spostrzegawczości żeby zauważyć tę jedną z wielu drobnych śmierci drzewa natomiast rozrosły się wspaniale o czwartej rano śpiewają - wiem wąska nić świtu coraz częściej bieleje w moich dwudziestu ośmiu latach ostatnie cztery spędziłam nad filozofią chciałam rozwiązać zagadkę bytu lecz to co mi pokazano to nie było drzewo ani ciało to były słowa słowa słowa ludzie są śmiertelni Sokrates jest człowiekiem a więc Sokrates musi umrzeć wyrok wykonany Sokrates umarł w żółtym wazonie opadają kupione na rynku kwiaty odwiedzam to miejsce codziennie nie liczę na ułaskawienie azylum tutaj czas zakrzepł jak krew w żyłach umarłego bandaże z uschłych liści owijają stężałe ciało doskonałego snu nie przerywa szum gołębich skrzydeł ani szelest fontanny faraon w papirusach namalowaną twarzą pobłaża nagłemu kwitnieniu drzewa na nieruchomych ścięgnach krótkie interludia wygrywa przelatujący wiatr poza tym cisza *** odkąd ptaki odfrunęły z moich słów odkąd ptaki odfrunęły z moich słów i gwiazdy zgasły nie wiem jak nazwać strach i śmierć i miłość przyglądam się dłoniom bezradne oplatają jedna drugą i moje usta milczą bezimienne wyrasta nade mną niebo i coraz bliższa bez imienia ziemia rozkwita Wyspa na jeziorze Ezra Pound O Boże, o Wenus, o Merkury, patronie złodziei! Spraw, abym we właściwym czasie posiadł sklep z tabaką: Małe jasne pudełka schludnie na półkach poustawiane. I rozpylony zapach tureckiej machorki i prasowany tytoń jasny Virginia rozsypany w oszklonych gablotkach I małą wagę o szalach niezbyt tłustych, I żeby, przechodząc, prostytutki wpadały na słowo Na błyskotliwe słówko, albo przypiąć włosy. O Boże, o Wenus, o Merkury, patronie złodziei! Użycz mi mały sklep z tabaką, lub jakikolwiek daj zawód, Byle nie tę przeklętą profesję pisarza, który musi się ciągle z własnym mózgiem porać. Studium estetyki
Ezra Pound Drobne dzieci w podartej odzieży Porażone niezwykłą mądrością Porzuciły zabawę, kiedy przechodziła, I wrzaskiem wypełniły bruk: Guarda! Ahi, guarda! Ch'e be'a! (* Popatrz! Ach, popatrz, jaka ona piękna!) Lecz trzy lata później Słyszałam młodego Dante, którego nazwiska nie znam - Bo tam w Syrmione jest dwudziestu ośmiu młodych Dantych i trzydziestu czterech Katullusów, I było to w okresie wielkiego połowu, I jego starsi bracia Pakowali ryby w wielkie drewniane skrzynie By je zawieźć na targ do Brescii, i on Skakał dokoła zastępując im drogę, I na próżno wzywali go: sta fermo! (* Bądź spokojny) A kiedy mu nie pozwolili układać ryb w skrzyniach, Rozrzucił te, które już były ułożone, Mrucząc z zadowoleniem Identyczne zdanie Ch'e be'a! I słysząc to byłem lekko zmieszany. Sestina: Altaforte Ezra Pound I Niech to diabli! Ten śmierdzący popołudnia spokój! Kurewski synu, Papiols, gdzieżeś! Gdzie muzyka! Istnieję tylko wtedy, gdy słyszę szczęk mieczy, Bo ach, kiedy sztandarów purpura i złoto wiatrowi naprzeciw I poniżej nich pole obleczone w szkarłat Wyje moje serce obłąkane z radości! II W upalne lato szaleję z radości, Kiedy burza uśmierca ziemi gnuśny spokój I czarne niebo smaga błyskawicy szkarłat I dziki żywioł pełen ryczącej muzyki I obłąkane chmury wiatrowi naprzeciw I w wydrążonym niebie szczęk mieczy. III Spraw, o piekło, bym wkrótce usłyszał szczęk mieczy I ostre rżenie koni tańczących z radości! Pierś okuta w żelazo piersi okutej naprzeciw! Lepsza godzina walki niż przez wieki spokój! Tłusty w jadło, w napoje, w dźwięk łagodnej muzyki, Bo gdzież wino czerwieńsze niż krwi szkarłat! IV I wielbię słońca wschodzącego szkarłat I śledzę jak mrok pada pod ciosem jego mieczy I serce moje pełne szalonej radości I suche moje usta od prędkiej muzyki, Tak chwalę go, gdy niszczy nieba gnuśny spokój Jedno tylko ciemności ogromnej naprzeciw!
V W tym kto tchórzem podszyty, kto stoi naprzeciw Mej pieśni męskiej, nie płynie krwi szkarłat, Lecz serce jego drąży czerw - niewieści spokój, Obce mu męstwo zbrojnych i szczęk ostrych mieczy! Widząc śmierć takich zgniłków szaleję z radości, Ach, i pełne powietrze mej dzikiej muzyki! VI Papiols! Papiols! Muzyki! Nie masz dźwięku jak gdy miecz mieczowi naprzeciw! Nie masz krzyku jak krzyk radości, Kiedy ręce po łokcie zanurzone w szkarłat, Gdy giną "Leopardy" na ostrzach naszych mieczy! Niech Bóg potępi wszystkich, którzy skomlą "Spokój"! VII I niech się miecze obloką w krwi szkarłat! Niech da piekło, bym wkrótce usłyszał szczęk mieczy! Niechaj piekło pochłonie na zawsze myśl "Spokój"! Canto XIII Ezra Pound Kung przechadzał się przed świątynią dynastii I w gaju cedrowym i potem nad niską rzeką, I był z nim Khieu Tchi i Tian mówiący cicho I powiedział Kung "jesteśmy nieznani. Będziecie powozić - wtedy staniecie się sławni. Czy może ja mam powozić lub strzelać z łuku, Czy mam przemawiać publicznie?" I powiedział Tseu-lou "mógłbym zaprowadzić porządek". I powiedział Khieu "gdybym był władcą prowincji Zaprowadziłbym lepszy porządek niż jest". I powiedział Tchi "wolałbym małą świątynię w górach I kościelny obrządek z zachowaniem zwykłego rytuału". I powiedział Tian z ręką na strunach lutni, Która dźwięczała jeszcze chociaż odjął rękę I dźwięk jak dym unosił się nad liście, Gdy on wiódł za nim oczyma, "zagłębienie w rzece I chłopcy odbijający się piętami od deski, Albo w zaroślach grający na mandolinach". I wszystkim jednakowo Kung odpowiedział uśmiechem. I Thsen-sie chciał się dowiedzieć, który z nich dał dobrą odpowiedź. I powiedział Kung "wszyscy odpowiedzieli dobrze, To znaczy każdy wedle swej natury". I Kung wskazał trzcinową laską Yuan Janga swego starszego brata, Który siedział przy drodze udając, że spływa nań mądrość. I powiedział Kung "odejdź stąd, stary głupcze, Wstań i zajmij się czymś pożytecznym". I powiedział Kung "Szanujmy zdolności dziecka Od momentu gdy wdycha czyste powietrze, Ale człowiek pięćdziesięcioletni, który nie wie nic, niewart jest szacunku". I "kiedy książę zgromadzi wokół siebie Wszystkich mędrców i artystów, dobrze używa swych bogactw". I powiedział Kung, i zapisał na bambusowym liściu "jeśli człowiek nie znajdzie porządku w sobie Nie będzie mógł uczynić porządku wokół siebie; I jeśli człowiek nie znajdzie porządku w sobie Jego rodzina nie będzie przestrzegać porządku; i jeśli książę nie znajdzie porządku w sobie Nie będzie porządku w jego włościach". I Kung wymówił słowa "porządek" I "braterskie poszanowanie" I nie powiedział nic o "życiu po śmierci". I powiedział "każdy może przebrać miarę; Łatwo jest strzelić i trafić obok celu, Trudno jest trwale stać w środku". I zapytali "jeśli człowiek popełni morderstwo, czy jego ojciec powinien go ukryć i chronić?" I powiedział Kung "powinien go ukryć". I oddał Kung swoją córkę Kong-Tchangowi, chociaż Kong-Tchang był w więzieniu; I oddał swoją siostrzenicę Nan-Youngowi, chociaż Nan-Young był bez pracy. I powiedział Kung "Wan rządził z umiarem, za jego czasów dobrze było w państwie I nawet ja pamiętam Dzień, w którym historycy zostawili w pismach białe karty, Bo nie wiedzieli, czy się coś dzieje, A czas zdawał się upływać". I powiedział Kung "bez charakteru nie będziesz mógł grać na tym instrumencie Ani ułożyć melodii odpowiedniej dla pieśni; Kwiat morelowego drzewa wiatr unosi ze wschodu na zachód A ja próbuję uchronić go przed upadkiem". Katarynka Jacques Prevert Gram na pianinie pierwszy rzekł a ja na skrzypcach drugi rzekł a ja na banjo a ja na harfie a ja grzechotką dzwonię ja na trąbie... ja na flecie a ja na harmonii. I gadali gadali gadali gadali o tym na czym grali aż nie słychać było wcale muzyki bo gadali gadali gadali i grać przestali i tylko w kąciku pewien człowiek milczał cały czas i spytali: "A pan na czym gra?" "Ja katarynką potrafię kręcić a także w noże grywam chętnie" powiedział człowiek który ani raz nie odezwał się cały czas a potem skoczył na muzyków z nożem i trupem wszystkich położył i katarynką zaczął kręcić i dźwięk się rozległ taki piękny tak żywy i tak prawdziwy że wnuczka gospodarza która znudzona spała pod pianinem obudziła się i powiedziała: "Gram w serso i w chowanego gram w klasy i w gonionego bawię się kubłem i łopatą bawię się w mamę i tatę bawię się moimi lalkami bawię się parasolkami bawię się z siostrą i bratem w złodzieja którego łapią gram w kulkę schowaną w dłoni lecz tym zabawom koniec koniec chcę się bawić w mordercę chcę grać na katarynce!" I człowiek wziął dziewczynkę za rękę I poszli razem do miast wspaniałych do domów i do ogrodów i gdzie tylko mogli ludzi zabijali po czym się pobrali i mieli wielu synów Ale najstarszy na pianinie grał drugi na skrzypcach trzeci na harfie czwarty grzechotką dzwonił piąty na wiolonczeli a szósty na harmonii. A potem gadali gadali gadali gadali gadali aż nie było słychać żadnego muzycznego wątku i wszystko trzeba było zacząć od początku. Kajetan Ković - Romanca Będziesz morzem, a ja będę masztem białej nocy i miłością pierwszego wieczoru. Czułym piaskiem będę dla twych zabaw, uchem między wodorostami pamięci, morzem, muszlą będę dla twych słów i dla ciszy, ptakiem będę odkrzykującym ci z dali, morzem, ciepłym wiatrem dla twego oddania, modrym kwiatem dla dotyku dłoni. Będziesz morzem, a ja będę masztem białej nocy i miłością każdego wieczoru. Głodem będę twoich ust spragnionych, ziarnem wody dla twego pragnienia, morzem, tętnem będę na twej białej szyi, kwiatem na ramionach, morzem, raną będę i krzykiem twojej rany sięgającym ostrych zimnych gwiazd. A potem będę morzem, a ty będziesz masztem czarnej nocy i miłością ostatniego wieczoru. Dane Zajc - Wielki czarny byk Wielki czarny byk ryczy o świcie. Kogo wołasz wielki czarny byku? Puste pastwiska. Puste góry. Puste kotliny. Puste jak odgłos twego ryku. Wielki czarny byk ryczy o świcie. Jakby krew tryskała pod wierzchołki sosen. Czarna skrzepła krew. Jakby czerwieniało nad lasem krwawe oko byka. Kogo wołasz wielki czarny byku? Czyżbyś tylko nasłuchiwał odpowiedzi echa przynoszącego twój głos? Wielki czarny byku - wstaje dzień. Twój ryk zapada w kotlinę jak zmęczone stado wron. Nikt nie słyszy twego ryku. Nikt nie pije czarnej krwi twego ryku. Zamilcz wielki czarny byku. Wielki czarny byk ryczy o świcie. Na wschodzie słońce ostrzy błyszczący rzeźnicki topór. Sasa Vegri alias Bina Vodopivec - *** Jeszcze wyrastam Jeszcze wyrastam z zielonych bioder ziemi. Jeszcze rozumiem mowę koni i krów i rąk, które najprościej mówią mi o swej niezmierzonej mocy. Nie potrafiły mnie uwięzić ulice, które kocham za ich biedną uległość. Śmiechem słonecznych dni oddycham, znużeniem pochmurnego nieba, całym bogactwem zwątpień, nienawiści i miłości. Mówię słowami mojego ludu, któremu obca bojaźń, i który wierzy w modlitwę i przekleństwo tak samo jak w swoje tłuste stada. Joźe Udović - Ballada Len nieba rozpięty na drewnianym kozolcu. Mrok siada na dachu, mróz przywiera do skrzyżowanych bali. Z kałuży chłepcze wodę spragniony sierp księżyca. Na lewo pole kretów, na prawo pole wron. Popatrz na drzewo - pośród gałęzi kołysze wiatr wisielca wstający biały dzień. Joźe Udović - Malowany ul Wieki ukryte w drzewie pobrużdżonym jak czoło starca śnią o zapachach lipowych, o psalmach wieczornych pszczół. Długo prószyło słońce szarym pyłem na barwy. Zimy pobieliły twarz myśliwego i skrzydła pszczele zatarły księgę niedźwiedzia. U góry gaśnie pamięć dawnego nieba, odfrunęły zeń ptaki, poniżej czas rozorał spróchniałe drzewo w brunatne skiby ziemi. Myśl polatuje jak pszczoła ponad starym sytnym zapachem i nad zielonym krzakiem piołunu.
|