Co nowego arrow Poezja arrow Oda do rąk arrow Oda do rąk

Migawki

Oda do rąk

 

*** nie mam dawnej czułości dla mojego ciała
Oda do rąk
Podsłuchane
Przypowieść
Protest
Wietnam 1956
Wielkopostna legenda
Podróż pociągiem osobowym
Zdarzenie epiczne
Asocjacje z motywem śmierci
*** trzeba życzyć temu kotu
*** przeciw światu
*** przychodzi do mojego domu
*** drzazga mojej wyobraźni
*** pytasz czemu pociąga mnie magia liczb
*** jaki to piękny szkielet
*** moim głównym zajęciem jest malowanie brwi
*** chodź tu do mnie mój najmilszy
*** delikatnie niosę moje serce
*** pytasz - co dźwigają w jukach wielbłądy
*** jest cała ziemia samotności
*** wczoraj pisałam wiersze
*** zbawienie jest w ciepłym futrze
*** to my rodzimy mężczyzn o mocnych dłoniach
*** tak lekko przesuwamy się z objęć...
naprzeciw obrazu
Idąca poprzez ciemność na spotkanie kochanka
śpiący jednorożec
*** rozstanie jest ptakiem
*** znowu pragnę ciemnej miłości
*** powlokłam lakierem paznokcie
*** czekam na ciebie obok tej nocy
*** pragnę cię
*** pod deszczem twoich spojrzeń
*** czas jeszcze nie wie nic o twoim czole
*** pokornie cię kocham

 
 
 
 *** podziel się ze mną
*** rozcinam pomarańczę bólu
*** Hypacja malowała rzęsy lekko
*** no i co o niej wiesz
*** mój kochanek wcale nie jest piękny
*** jeśli zechcesz odejść ode mnie
*** ta noc - dla ciebie
*** mówił - że kocha mówił
stance dla Małgosi
*** liściu
ostatni dzień sierpnia
*** za całą moją miłość - bracie Aniele
*** paznokciami wczepiona w słowa
*** zawsze kiedy chcę żyć krzyczę
*** Joanno - ty mi oświetlasz drogę
*** nie potrafię być tylko człowiekiem
*** Boże mój zmiłuj się nade mną
*** tak wiele serc ku tobie biegnie
*** modlę się do zieleni
*** moja twarz jest coraz bardziej
*** czasem przychodzi ostra
*** jeszcze ciągle kręcę włosy na papiloty
*** tutaj leży Izold jasnowłosa
wizyta
azylum
*** odkąd ptaki odfrunęły z moich słów
Wyspa na jeziorze
Studium estetyki
Sestina: Altaforte
Canto XIII
Katarynka
Romanca
Wielki czarny byk
*** Jeszcze wyrastam
Ballada
Malowany ul

 

 
 

*** nie mam dawnej czułości dla mojego ciała

nie mam dawnej czułości dla mojego ciała
jednak je toleruję jak pociągowe zwierzę
które jest pożyteczne chociaż wymaga wielu starań
dostarcza bólu i radości i bólu ł radości
czasem zastyga z rozkoszy
a czasem jest schronieniem dla snu

znam jego korytarze kręte
wiem którędy przychodzi zmęczenie
jakie ścięgna napina śmiech
i pamiętam jedyny smak łez tak podobny
do smaku krwi

moje myśli - stado trwożnych ptaków
karmią się na zagonie mego ciała
nie mam dla niego dawnej czułości
ale czuję ostrzej niż przedtem
że sięgam nie dalej niż moje wyciągnięte ręce
i nie wyżej niż mogą mnie unieść wspięte palce u nóg

 


Oda do rąk

Bądźcie pozdrowione moje dłonie, palce moje chwytne, z których jeden przytrzaśnięty drzwiami samochodu, fotografowany promieniami Roentgena - dłoń na zdjęciu wyglądała jak zwichnięte skrzydło - niewielki okruch kości obrysowany własnym odrębnym konturem. Serdeczny palec lewej ręki ozdobiony raz pierścionkiem owdowiały jest teraz i pozbawiony swej ozdoby. Ten, który mi dał pierścionek, już dawno nie ma palców, jego ręce splotły się w jedno z korzeniami drzewa. Ręce moje tyle razy dotykające stygnących dłoni umarłych i ciepłych mocnych żywych dłoni. Umiejące pieścić niezwykle, w dotyku zatracające przestrzeń dzielącą istnienie od istnienia i niebo od ziemi. Ręce, którym nieobcy ból bezsilności, wczepione w siebie jak dwa przelękłe ptaki, bezdomne,szukające na oślep i wszędzie śladu twoich rąk.

  
Podsłuchane


Gdy tak leżą bezczynnie lewa zwrócona ku prawej, prawa ku lewej, o czym szepczą moje stopy w nie kończące się zimowe wieczory. One mówią, sobie mówią o nagrzanym sypkim piasku przywierającym do nich miękko. Bezwładnie tak leżące myślą o ziemi, ciągle o ziemi. Wąskie trawy tam rosną i nakrapiane jaszczurki przebiegają pospiesznie. Ostrożnie, żeby nie spłoszyć odpoczywającej mrówki, idą jedna za drugą, jedna przed drugą moje śmieszne bose nogi.

  
Przypowieść


Postawił diabeł Chrystusa na górze Cadillac i kazał mu spojrzeć w dół. Do nieba był tylko jeden krok, a w dole rozpościerała się kraina żyzna i piękna jak kolorowa pocztówka. Woda była głęboko błękitna, las na zboczach wysepek soczyście zielony, a piasek nadbrzeżny miał kolor złotego kruszcu. - To wszystko będzie twoim - kusił diabeł - jeśli dasz mi drobiazg - duszę. Popatrzył Chrystus - do nieba był tylko jeden krok - i pokręcił głową. - Nie, diable, nie skusisz mnie miękkim futrem lasów ani przejrzystym lustrem wody, bliższa mi od nich moja własna dusza. Zmartwił się diabeł, ale nie stracił nadziei. Przejdźmy się trochę - powiedział - i zeszli nisko pomiędzy łodzie rybackie. Wszedł Chrystus do łodzi i zobaczył, jak rybacy zarzucają sieć, a potem z wysiłkiem wielkim, ryb pełną, ciągną ku brzegowi. Zaczął im pomagać Chrystus i gdy z oddechem krótkim i błyszczącymi oczyma już dotykał trzepoczących w sieci, powiedział diabeł - będą twoje, ale tylko wtedy, jeśli mi oddasz duszę. - Bierz ją - krzyknął Chrystus - obydwie ręce zanurzone w wodzie - i nie przeszkadzaj ludziom w codziennej walce o życie na ziemi.

 


Protest


kruche ściany szczęścia
rozsadza pamięć
do ziemi przyległy miękko
grzywy sennych wulkanów
głód przeciąga się leniwie
w delikatnych włóknach mięsa

Skopje było niegdyś miastem
wiszące ogrody Semiramidy drzewa
kładły w parowach ulic dobroczynny cień
kondygnacje kamienne pełne ruchu i światła
ziemia ziewnęła
zniknęło miasto

w błękitnych zaułkach ciała śpiewa czerwona krew
ona ma ostry słodkawy zapach martwego mięsa
ciało poddaje się uciskowi dłoni
dłoń wytłacza na ciele fioletowe wzory
ciało osuwa się na ziemię
ciemnieje krew

pamięć
rozrywa na włókna
kruche ściany szczęścia

II

ze śnieżnej lawiny osuwającej się
na śpiącą wioskę - czuwała jedynie
igła kościelnej wieży
z nurtów rzeki która opuściła brzegi
zmywając z powierzchni ziemi miasto
z dymiącej lawy wulkanu która popiołem
przykryła pola uprawne
z wiatru który podniósł wody oceanu
i zatopił kilkadziesiąt smukło wiązanych statków
z żywiołu który śpiewa w naszych żyłach
hymn głodu i okrucieństwa
z krwi...

musimy wynieść i ocalić
garść nocy
garść dni

III

ona pojęła ideę człowieczeństwa
ta córa faraonów
pochylona nad nurtem rzeki
w koszyku wiklinowym
kwiliło ludzkie pisklę

wyniosła je na brzeg

ogrzała oddechem zziębnięte ręce
rozpłakane oczy osuszyła dotykiem ust
rzeka płynęła dalej
tocząc muł i kamienie
oddaliła się córa faraonów
z małym wiklinowym koszykiem

przed człowiekiem rozstępują się morza
manna spada na pustynie
rzeka płynie dalej
tocząc muł i kamienie

 


Wietnam 1956

I
na szczęście
rodzice mi dali łatwo palne ciało
wystarczy odrobina benzyny
w lekkich fałdach sukienki
wystarczy odrobina siarki
na ciemnej główce zapałki

nie mów mi o miłości
nie przypominaj o zapachu lasu
o moich młodych włosach
o palcach

zapaliłam ten stos
żeby rozświecić ziemię

po omacku szłam i w ciemności

nie przypominaj o palcach
nie przywołuj zapachu

spójrz - płonę z miłości

II

jeszcze ciągle nie wiem czemu to uczyniłam
miałam matkę i ojca i małego brata
który psocił biegnąc do szkoły
lubiłam zwierzęta przyjaźniłam się nawet z gwiazdami
opłakiwałam śmierć każdego kwiatu

dlaczego dlaczego to uczyniłam

gazety napisały o mnie
pewien fotoreporter zdołał nawet utrwalić
moje dogasające członki
niewiele tego było
garść dwie

matka nie umiała odczytać imienia z popiołu
brat kręcił się niecierpliwie i widząc
że oślepła z rozpaczy uciekł
zamiatacz uliczny posypał piaskiem ciemną plamę
na troruarze

jeszcze ciągle nie wiem dlaczego

nieobecna tułam się w wietrze nikt nie chce mnie
zauważyć
nikt jeszcze nie położył ręki na mojej głowie
a przecież mam włosy miękkie i lśniące jak letni dzień
usta stworzone do pocałunków...

III

dawno temu
moją dziecinną wiarę
zabiło okrucieństwo
mogłam napisać dramat
albo wiersz
mogłam wychować kilkoro dzieci
nauczyć je nienawiści

mogłam wejść do własnego domu
otworzyć okno
odetchnąć wieczornym powietrzem
posłuchać o czym rozmawiają liście

mogłam uśmiechać się do ludzi
mówić dzień dobry
mówić do widzenia
mówić jaką pani ma piękną suknię

mogłam oswoić kota tak
że chodziłby za mną krok w krok
i może umarłby wtedy gdybym
ja umarła

dawno temu
przeżyłam to wszystko
w krótkim okamgnieniu

a teraz jestem niczym
ukołyszcie do snu sumienia
nie patrzcie w dogasający żar

 


Wielkopostna legenda


dwa tysiące lat temu
urodziła panna w Galilei
niemowlę

dziecko było bezbrzeżnie nagie
a ona nie miała nic
oprócz miłości

i tak rosło
ogrzewane oddechem
aż dorosło
do nienawiści

i przybili go do drzewa ludzie
a ona patrzyła

potem - mówią - że wstąpiła w niebo
ale równie dobrze mogła zstąpić w ból
tak był głęboki

 


Podróż pociągiem osobowym


mała siostra podróżuje teraz przez życie
uśmiecha się do niej rudy konduktor stojący na
                                            stopniach wagonu
on ma żonę i czworo dzieci nigdy niesytych
a głód który mu drąży trzewia podobny do ich głodu
żarłocznie patrzy na małą siostrę pan konduktor
każę jej się przesiąść do następnego wagonu

następny wagon jest dla niepalących
siedzi tu kilku staruszków wydaje się że drzemią
myślę - tu będzie bezpieczna rozglądam się gdzie
                                            ją posadzić
gdy wtem chwytam spojrzenie spod
                  półprzymkniętych powiek
wymierzone w jej dziecinne ramiona i szczupłą szyję
nie - mówię - tu zbyt duszno chodź znajdziemy
                                            miejsce dalej

ciągnę już wzdłuż korytarza zadyszaną zmęczoną
robi się tłoczno w przedziałach już wszystkie
                                            miejsca zajęte
mężczyźni wsparci na oknach palą papierosy
                                            czytają gazety
kobiety poprawiają włosy ich suknie wilgną od potu
stajemy pośród tłumu niepodobna przepchnąć się dalej
słyszę że pociąg rusza i w biegu skaczę ze stopni

mała siostra odjeżdża milknie stukot kół...

 


Zdarzenie epiczne


kiedy Zeni przyjechała do New Yorku
to miała tylko zieloną sukienkę i oczy wąskie
i tak chodziła Zeni pośród drapaczy chmur
wspinając się na palce jak gdyby chciała dojrzeć
światło dalekie i chłodne gwiazd które
pozostały w Texasie

spotkał Zeni pewien malarz i poprosił
żeby mu pozowała spytała czy jej sukienka
nie jest zbyt stara i zmięta nie odpowiedział
zresztą chodzi o twoje ciało a suknię
jeśli chcesz spraw sobie nową za te oto pieniądze

chodzi Zeni po New Yorku oczy ma wąskie
w jej ręku zielone banknoty śpiewają jak ptaki
nowych sukni ma więcej niż odcieni w palecie
malarskiej
i coraz dalej coraz zimniej świecą gwiazdy Texasu

aż raz zobaczyli ludzie ciemną plamę na bruku
leżała z włosami w nieładzie na nieruchomej twarzy
pobielały wąskie oczy a ponad lasem wieżowców
na niebie czerwonym zimno płonęły gwiazdy Texasu

 


Asocjacje z motywem śmierci


chcę pisać o zmarłej aktorce
została po niej nietrwała pamięć
i pusta fiolka po proszkach na sen

proces płowienia zaczęty
opadły listy
listopad
opadły zdjęcia
grudzień
obojętny wiatr styczniowy
poniósł strzęp afisza

jest różnica
pomiędzy powodzeniem i szczęściem
powodzenie jest zawsze dla innych
szczęście jest bardzo ciche

II

ciało - miękkie fosforyzujące wnętrze
o przewodach najczulszych najcieńszych
włókna nerwy spięcia błyski
biegnące od rzęsy do rzęsy

doskonała obłość
odkrywająca światu
jego własną konstrukcję
ignorowana przez świat
nawzajem ignorująca

ubierała się w słońce
a czasem była naga

pusta fiolka po proszkach nasennych
i wspaniały pogrzeb

proces płowienia zaczęty

 


*** trzeba życzyć temu kotu


trzeba życzyć temu kotu
dobrej nocy
sztywne nogi
wskazują cztery koła
wielkiego wozu

papier szeleści
na mordce suchej

kocie oczy zamknięte
do pazurów przypięte
skrzydło

 


*** przeciw światu


przeciw światu
miał tylko dwie szczęki
dwie szczęki uzbrojone w zęby
to mało

bo gdzie filozofia bytu
gdzie teologia
gdzie wiara w białość

on wierzył tylko w ręce człowieka
przynoszące pożywienie
a czasem śmierć

jednakowo wdzięczny
za pożywienie
i za śmierć

 


*** przychodzi do mojego domu


przychodzi do mojego domu
jak zmarznięty bocian
pytam - poezjo co ci

a ona mówi
że już jest oswojona
i że prosi o kroplę mleka

i nie karmię jej
nigdy nie karmię do syta
i skrzydłom nie wierzę opuszczonym

bo wiem że rozkwitną
jak ziemia wiosną rozkwita
i poniosą ją z mojego domu

 


*** drzazga mojej wyobraźni


drzazga mojej wyobraźni
czasem zapala się od słowa
a czasem od zapachu soli
i czuję jak pode mną
przestępuje z nogi na nogę okręt
i ocean jest niezmierzony
bez żadnego brzegu
zamknięta w łupinie drewna
jestem cudownie wolna
nie kocham nikogo
i niczego

 


*** pytasz czemu pociąga mnie magia liczb


pytasz czemu pociąga mnie magia liczb
liczbą wyrazić pragnę nieskończoność
mojej tęsknoty mojej miłości

chcę żeby zastygła w krysztale liczb
żeby dni ślizgały się po niej jak po diamencie słońce

chcę żeby trwała nie skażona mijaniem
aby nie była więcej ani tęsknotą ani miłością

 


*** jaki to piękny szkielet


jaki to piękny szkielet
gdyby przycisnąć usta
odpowiedziałby pocałunkiem

kość misternie związana z kością
owinięta w elastyczne włókna

kiedy idzie ulicą
demonstruje dokładność
z jaką staw się zgina rozgina

w płynności jego ruchów
jest muzyka niebieskich sfer
o - jedną trzyma w dłoni

okręca ją wolno
i posłuszny świat
wiruje wokół niego

jaki to kruchy szkielet
rozpada się w proch
przy lada niepowodzeniu

 


*** moim głównym zajęciem jest malowanie brwi


moim głównym zajęciem jest malowanie brwi
maluję brwi ze skupieniem
tak to czynią kobiety już przelękłe
nakłuwające luster powierzchnie uważnym
                                            spojrzeniem

narożnik kamienicy którą mijam każdego rana
zakręt ulicy którą przechodzę
wątłe palce pleśni obejmują ziarna piasku
rosną szpary w ścianach ogromnieją szpary
                                            w podłodze

kruszą się rozsypują ulice
wiatr je w cztery strony niesie
wiatr się z nimi w chowanego bawi

nagarniając włosy na policzki
patrzę jak kamienie porastają w trawy

 


*** chodź tu do mnie najmilszy


chodź tu do mnie mój najmilszy
pogwarzymy sobie
ja - z ustami w twoim futrze
ty - z paznokciami w gwiazdach

szarpiesz w strzępy złote futra
słyszę - wszechświat pomrukuje
na dnie głębokiego gardła

zostawił nas całkiem samych
mnie - z ustami w twoim futrze
ciebie - z gwiazdą w oku

wymykamy się obrotom
chytrze za nic mając czas

 


*** delikatnie niosę moje serce


delikatnie niosę moje serce
jak obciętą głowę świętego Jana
ziemia tańczy pode mną

moje serce jest amebą
wydłużającą się bez końca
żyjątkiem

ten świat należy do niego
łóżko obraz cztery kąty

moje serce lubi geometrię
i harmonię

ostrożnie je niosę
jak obciętą
głowę świętego

 


*** pytasz - co dźwigają w jukach wielbłądy


pytasz - co dźwigają w jukach wielbłądy podróżne
one niosą moje serce
poprzez pustynię

kiedy odszedłeś ode mnie
zostałam sama
pod żółtym słońcem

ziemia jest sucha
i serca ludzi puste
nie dla mnie bije
źródło tkliwości

czasem cię widzę
lecz wyciągniętymi rękoma
dotykam tylko
mojej myśli o tobie

pytasz - co dźwigają w jukach wielbłądy podróżne
one niosą moje serce
poprzez pustynię

 


*** jest cała ziemia samotności


jest cała ziemia samotności
i tylko jedna grudka twojego uśmiechu

jest całe morze samotności
twoja tkliwość ponad nim jak zagubiony ptak

jest całe niebo samotności
i tylko jeden w nim anioł
o skrzydłach tak nieważkich jak twe słowa

 


*** wczoraj pisałam wiersze


wczoraj pisałam wiersze
tak jak dziś rozdaję pocałunki
moje pocałunki potaniały
wiersze są coraz rzadsze

wiersze piszę już tylko wtedy
kiedy zrani mnie kolor kwiatu
albo kiedy nietoperz
w nocnym przelocie
dotknie mojego policzka

całuję o każdej porze roku
całuję przygodnie spotkanych
studentów lekarzy poetów

oni potem piszą o tym wiersze
tak jak ja rozdaję pocałunki
garściami
bezmyślnie
pośpiesznie

 


*** zbawienie jest w ciepłym futrze


zbawienie jest w ciepłym futrze
zbawienie jest w słodkim mięsie
zbawienie jest w płynnej krwi
chwalmy rozpustę
ze czcią wymawiajmy imiona
Tais Fryne i Judyty ulicznicy żydowskiej

przyszłość świata jest w naszych ramionach
ach ona jest w naszych gorących ramionach
w naszych udach pragnących bezwstydnych
w naszych żyznych piersiach
ze czcią powtarzajmy imiona
Tais Fryne i Judyty ulicznicy żydowskiej

po przestworzach zatacza się ziemia
kłącze traw wyciąga do słońca
mężczyźni ryją w podziemiach
ślepymi pyskami kretów
a my -
wiedza jest w naszych ramionach
zbawienie jest w słodkim mięsie
Tais Fryne i Judyty ulicznicy żydowskiej

 


*** to my rodzimy mężczyzn o mocnych dłoniach


to my rodzimy mężczyzn o mocnych dłoniach
nie z uśmiechu lecz z bólu i ziemi - pachnące
jak pachnie ścięta trawa pod lipcowym słońcem

w głębokich wąwozach naszych trzewi
są mchem wysłane gniazda i są pisklęta
i dzieje się tam tajemnica istnienia które nikt
                                            nie przejrzał
i rosną pokłady prehistorii której nikt nie upamiętnił

ponad naszymi czołami renesanse przeciągają
                                            złotą chmurą
w naszych oczach średniowiecza przyklękły
                                            w zamyśleniu
a my ciche jak Maria akceptujemy z pokorą
łaknienie naszych trzewi i naszych rąk przeznaczenie

 


*** tak lekko przesuwamy się z objęć...


tak lekko przesuwamy się z objęć do objęć
z naszych ramion otwartych
wymyka się słońce
aby okrążać ziemię
i czynić dzień

rozkołysane morze jest naszym wnętrzem
i flotylle odpływające w przyszłość
chwieją się zakotwiczone
w zgięciu naszych kolan
w półksiężycu uniesionych stóp

 


naprzeciw obrazu


niech krzyczą o twojej urodzie
wargi mężczyzn przygryzione do krwi
niech brunatnieją ich pięści zaciśnięte

niech odkrywają wyspy na oceanie spokojnym
aby twoje uszy ubrać w perły

niech strzygą owce
i niech orzą palcami dna rzek
abyś mogła się ubrać
w suknię wyszytą złotem

niech wypłukują piasek
potąd
aż pozostanie im w dłoni
twarde i lśniące
pragnienie

 


Idąca poprzez ciemność na spotkanie kochanka


nie boję się ani wężów
ani nocy

bardzo się boję

gdyby nie oczy mojego kochanka
które pamiętam
gdyby nie ręce mojego kochanka
które pamiętam

uciekłabym
zdjęta strachem

noc jest ciemna
węże luźno zwisają z drzew nocy

poprzez węże i ciemność
idę

pamiętam
jego ręce
jego oczy

 


śpiący jednorożec


ponieważ jesteś piękny
dla ciebie jest moich kolan
miękkość

aksamit mojej sukni
podpełza
pod twój sen

ponad uśpionym
świecę
sierpniowym firmamentem

i gwiazdy oczu moich
spadają
w białą sierść

 


*** rozstanie jest ptakiem


rozstanie jest ptakiem
który rozpostarł pióra
ode mnie do ciebie

wszystkie pióra są ciemne
wszystkie dni
bez ciebie

noce drżą
rozsypane pióra
po niebie

kiedy przyjdziesz
złote pióra zbiegną się w słońce
umrze ptak

 


*** znowu pragnę ciemnej miłości


znowu pragnę ciemnej miłości
miłości która zabija
tak o śmierć modli się
skazany

przyjdź dobra śmierci
rozrzutna bądź jak noc sierpniowa
bądź ciepła
dotknij mnie lekko

odkąd poznałam jej prawdziwe imię
przygotowuję moje serce
na ostatni urwany
wstrząs

 


*** powlokłam lakierem paznokcie


powlokłam lakierem paznokcie
i moje palce błyszczą
panie mój bądź miłościw
moim myślom

obrysowałam ciemną kredką powieki
i niebo gwiaździste odbija się w mym spojrzeniu
panie mój bądź miłościw
memu pragnieniu

przywitałam cię pocałunkiem
najprościej
panie mój bądź miłościw
mojej miłości

 


*** czekam na ciebie obok tej nocy


czekam na ciebie obok tej nocy
która przysiadła na sąsiednim krawężniku
i ciemne usta podpiera
i ma postać Murzynki
chmurne oczy
na policzku cień liścia palmowego

mówię tej nocy - nie dzwoń złotem gwiazd
uspokój w fałdach sukni wiatr
czekaj
przecież wiesz że on przyjdzie
jak deszcz co myje włosy
wyschniętego na słońcu drzewa

 


*** pragnę cię


pragnę cię
a to jest zmowa czujnych włókien
a to jest pląs
w ślepych zaułkach żył

na uwięzi
trzymam dziesięć otwartych
żeby mi nie wybiegły
naprzeciw twoich brwi

żebyś ich nie uniósł w zdziwieniu
nie pojął

 


*** pod deszczem twoich spojrzeń


pod deszczem twoich spojrzeń
moja pogarda staje się uległa
drąży w jej wnętrzu pragnienie
w czułość porasta

twoje oczy
przebijają hartowną stal śmiechu
ciepłym deszczem
spłukują mnie ze mnie

 


*** czas jeszcze nic nie wie o twoim czole


czas jeszcze nie wie nic o twoim czole
twój smutek jest rozkoszą
w wargach tętni krew

czemu przychodzisz do mnie każdego wieczoru
przynosząc mi jałowe ziarno słów

drżę kiedy myślę o twych mocnych dłoniach
obejmujących kruche szkło

od twego ciała cień pada na wszystkie moje sny
i świt krwawi codziennie zabitą nadzieją

 


*** pokornie cię kocham


pokornie cię kocham
widzisz
nawet łokieć swój kocham
bo raz był twoją własnością

widocznie tak można
z najprawdziwszym mieniem
rozstać się
i nie patrząc wstecz odejść

widocznie można
pośrodku chłodnej ziemi
zostać

 


*** podziel się ze mną


podziel się ze mną
mojej samotności chlebem powszednim
obecnością zapełń
nieobecne ściany
pozłoć
nie istniejące okno
bądź mi drzwiami
nade wszystko drzwiami
które można otworzyć
na oścież

 


*** rozcinam pomarańczę bólu


rozcinam pomarańczę bólu
połową bólu karmię twoje usta
głodni tak dzielą chleb
spragnieni wodę

uboga jestem - mam tylko ciało
usta ściągnięte tęsknotą
ręce - jesienne liście
wyglądające odlotu

rozcinam pomarańczę bólu
sprawiedliwie na pół
gorzkim ziarnem karmię twoje usta

 


*** Hypacja malowała rzęsy lekko


Hypacja malowała rzęsy lekko
w jej czynności był umiar - półcień
fioletowy na białym policzku

przelotnym gołębiom sypała
czerwone ziarno słów

przechodząc obok drzew
pozdrawiała je skinieniem głowy

rosło w niej zielone zdziwienie
rozgałęziało się zielone zdziwienie
tak żyła

a umarła po prostu
z miłości

 


*** no i co o niej wiesz


no i co o niej wiesz
o niej która ma włosy
zaledwie sięgające stóp twoich

której oczy
powiększone kredką jak miłością
świecą na firmamencie
twego płaskiego nieba

nie dorosłeś
do pięt jej urody

i tylko gdy śpisz
przeciągając ramiona - ogromny
ona maleje nagle
by wejść
we wnętrze twojej zaciśniętej dłoni

 


*** mój kochanek wcale nie jest piękny


mój kochanek wcale nie jest piękny
i charakter ma raczej trudny
ale kto mi umaluje niebo
w ciemny fiolet popołudnia
gdy pozwolę mu odejść i nie wrócić

mój kochanek ma gorące usta
i rząd ostrych zębów kiedy śmiechem
odpowiada na wyzwanie światu
mój kochanek ma usta które wschodzą
półksiężycem nad każdą z moich nocy

mój kochanek nie jest czuły jego oczy
w prostokącie ulicy tańczą
zażega w dziewczętach płomień
uczepiona u jego cienia
trzymam miłość moją za włosy

w jego cieniu wątłe źdźbło trawy
w kwietniową jabłoń rozkwita

 


*** jeśli zechcesz odejść ode mnie


jeśli zechcesz odejść ode mnie
nie zapominaj o uśmiechu
możesz zapomnieć kapelusza
rękawiczek notesu z ważnymi adresami
czegokolwiek wreszcie - po co musiałbyś wrócić
wracając niespodzianie zobaczysz mnie we łzach
i nie odejdziesz

jeśli zechcesz pozostać
nie zapominaj o uśmiechu
wolno ci nie pamiętać daty moich urodzin
ani miejsca naszego pierwszego pocałunku
ani powodu naszej pierwszej sprzeczki
jeśli jednak chcesz zostać
nie czyń tego z westchnieniem
ale z uśmiechem

zostań

 


*** ta noc - dla ciebie


ta noc - dla ciebie
a w kosmatym rozkrojonym
melonie nocy
wnętrze słodkie i soczyste
jeśli moje ciało nie zaświeci
na próżno z gwiazd
usypana droga
wije się poprzez nieważne niebo
i na próżno zgięty
księżyc w głąb ziemi spogląda
jeśli moje usta nie znaczą światło
to z zamkniętymi oczyma
przeżyjesz wszystkie dni

 


*** mówił - że kocha mówił


mówił - że kocha mówił
a teraz mieszkam
w jego uśmiechu
i kreślę
granicę bioder
tak wąskich
jak pień młodego świerka
którego urodę
chwaliłam wczoraj
nim on
śpiewne pragnienie posiał
w moich dłoniach tańczących
w moich stopach na palce wspiętych
w zębach
tęsknię
w wielkiej zadumie
podpieram brodę ręką
myślę - o skórze myślę
której smak
cierpko złoty
pamiętam

 


stance dla Małgosi


kiedy przyjdziesz i roześmiejesz usta moje
lustrem jestem w którym oczy twoje skrzą
kiedy przyjdziesz żeby przejrzeć się we mnie
w ogrodzie moim ciężkim od jabłek czekam
czereśnie na uwięzi ramion moich
kiedy przyjdziesz

owoce niosę dla twoich głodnych ust
pragnieniu twemu wilgoć moich łąk
kiedy przyjdziesz
stojąca w oknie otwartym czekam
niespokojnie oczyma gwiazd przeglądam noc

II

jeszcze rano mój miły jeszcze ptaki śpią
uspokój nastroszone pocałunków skrzydła
głos twój obudził miodne pszczoły słońca
i tańczą ponad głową moją pełną snu
głos twój skrzydłami świerszczy
strąca z moich powiek ciszę miły
a przecież ptaki śpią

rano jeszcze mój miły a ty dotykiem ust
czynisz świt w moim domu i na moim niebie
rozchwiane liście topól rysuje wschód
na liściach świecą krople porannego dżdżu
i poję cię a przecież miły drzewa śpią

 


*** liściu


liściu
osłoń mnie zielenią
jestem jesienne nagie drzewo
z zimna drżę

wodo
napój mnie
jestem piaskiem
gorącej suchej pustyni
wiatr mnie przegarnia ręką

ogrzej mnie
ty który jesteś słońcem
przed którym stoję
ukryta w słowach jak w drzew cieniu
źródło bijące

 


ostatni dzień sierpnia


dzisiaj wiatr ma południową skórę
i przypomina oddech mojego kochanka
- trzy lata temu -
usta suche od pocałunków
usta ciemne jak serce Nigerii
mój kochanek był sercem Nigerii

kochaliśmy się upalne trzy miesiące
nierozłączni jak człowiek i jego czarny cień
moje palce wplecione w mięso jego dłoni
moje płuca śpiewające jego oddechem
białą ręką odgarniałam włosy z ciemnego czoła
nocą jego głowa obok mojej kwitła jak
            podzwrotnikowy kwiat

mówił mi o łagodnych nocach Nigerii
o oceanie który liże wybrzeża złotego piasku
o gwiazdach spadających w nadstawione dłonie
o palmach których liście jak otwarte dłonie
słuchałam nie odrywając ust od jego ręki

trzy lata temu

odszedł ocean ode mnie
pociemniały wybrzeża złotego piasku
pogasły złote gwiazdy - parne noce New Yorku
moje ciało ostygło
i tylko czasem wiatr
na niebie białym z chłodu
zapala bezlitosne czarne słońce

 


*** za całą miłość - bracie Aniele


za całą moją miłość - bracie Aniele
dałeś mi złoto w tle i błękitną sukienkę
i przypiąłeś mi parę skrzydeł
i uniosłeś w niebo

a ja nie jestem gwiazdą
żaden z moich promieni nie rozdarł ciemności
w ciemności umiem tylko kochać
i o kolorach nie wiem nic

w moich zaciśniętych dłoniach złoto zachodzi czernią
i krew pochłania błękit
i nisko do ziemi
- jak ciało moje do twego -
przywiera moje niebo

 


*** paznokciami wczepiona w słowa


paznokciami wczepiona w słowa
mówię - jakże cię kocham
jarzębino czerwona
od krwi mojej
piołunie pobladły
od mojego bólu
i lesie lesie ciemny
nieprzebyty jak śmierć

 


*** zawsze kiedy chcę żyć krzyczę


zawsze kiedy chcę żyć krzyczę
gdy życie odchodzi ode mnie
przywieram do niego
mówię - życie
nie chodź jeszcze

jego ciepła ręka w mojej ręce
moje usta przy jego uchu
szepczę

życie
- jak gdyby życie było kochankiem
który chce odejść -

wieszam mu się na szyi
krzyczę

umrę jeśli odejdziesz

 


*** Joanno - ty mi oświetlasz drogę


Joanno - ty mi oświetlasz drogę
wchodząca po stromych stopniach
prowadzona przez płomień

w spalaniu musi być sens
inaczej
niczym jest rozżarzony popiół

a tak i ciebie i mnie i mojego białego psa
Joanno
czeka świetlista korona

policzą nas w grono świętych
za to uparte wchodzenie

i ciebie i mnie i mojego białego psa

 


*** nie potrafię być tylko człowiekiem


nie potrafię być tylko człowiekiem
jest we mnie spłoszona mysz
i łasica węsząca zapach krwi
i przestrach i pościg
porosłe włosem mięso
i myśl

nie umiem być tylko drzewem
wytrwały wzrost nie jest moim jedynym
celem
ani tężenie konarów
ani owoc
ani kwiat

ciekawością nacięłam korę
oszlifowałam zastygłe żywiczne krople
żywą tkankę zamieniam codziennie
na świecące próchno słów

słowami
skarżę się z moich udręczeń
jak gdyby liryka była kluczem
którym można by otworzyć
zatrzaśnięty przed wiekami raj

 


*** Boże mój zmiłuj się nade mną


Boże mój zmiłuj się nade mną
czemu stworzyłeś mnie na niepodobieństwo
twardych kamieni

pełna jestem twoich tajemnic
wodę zamieniam w wino pragnienia
wino - zamieniam w płomień krwi

Boże mojego bólu
atłasowym oddechem wymość
puste gniazdo mojego serca

lekko - żeby nie pognieść skrzydeł
tchnij we mnie ptaka
o głosie srebrnym z tkliwości

 


*** tak wiele serc ku tobie biegnie


tak wiele serc ku tobie biegnie
że mógłbyś być
i najszczodrzej
słońcem pozłocić moją nędzę
spójrz - znowu się do ciebie modlę
o tkliwość

potężny
kto jeszcze tak w ciebie uwierzy
komu jeszcze będziesz tak potrzebny
jak mnie

najuboższy
odarty ze świetności jak styczniowe drzewo
płonący ze wstydu
w brunatnym ciele pnia
wysłuchaj
proszę o tkliwość

spuść na mnie łask krople słone
ręce rozrzutne
i ciepło warg

 


*** modlę się do zieleni


modlę się do zieleni
korzenie proszę
żeby tkliwie objęły
moje nagie ramiona

z rozśpiewanych żeber
i giętkich napięstków
buduję kościół
dla egipskich zielonych chrabąszczy

 


*** moja twarz jest coraz bardziej


moja twarz jest coraz bardziej
księżycem który zachodzi

pokryta siatką wyżłobień
jak grecka waza
wydobyta z ziemi

pełna pamięci dotyku
rąk i ust które od dawna już są prochem

w tej chwili
nadaje się tylko na muzealną półkę

zbyt krucha
i zbyt cenna
aby używać jej na co dzień

 


*** czasem przychodzi ostra


czasem przychodzi ostra
świadomość konieczności
rozkruszonej ziemi

nie wiem gdzie idą po śmierci
najmniejsze drobiny
nie potrafię obiecać im raju

śródgwiezdne podróże nie dla nich
posłuszne prawu ciążenia
spadają spadają

 


*** jeszcze ciągle kręcę włosy na papiloty


jeszcze ciągle kręcę włosy na papiloty
jeszcze pocałunki - ptactwo przelotne
przysiada na moich ustach
przed podróżą na południe
lato jest coraz krótsze
coraz chłodniejsze

jeszcze ciągle uśmiecham się do siebie w lustrze
jakoś to będzie - mówię - trzeba
trzeba napalić ogień kupić chleb
przeczytać Platona
trzeba pomyśleć o jutrze

jeszcze ciągle kiedy oddycham
srebrzy się powietrze
drobny obłok przez chwilę drży potem się rozpływa
i nie ma nic
ani uśmiechu ani myśli o jutrze
ani ciepłego dotyku dłoni - żywej

 


*** tutaj leży Izold jasnowłosa


tutaj leży Izold jasnowłosa
biała Izold o złotym warkoczu
bardzo jasno jest w szpitalu nocą
świecą ogniki oczu

trzepotliwy oddech o ściany
tłucze się jak uwięziony ptak
na spotkanie wybiega mu wiatr
w korytarze wąskie zabłąkany

i wiem że się nieodwołalnie stanie
nim obudzi okna nowy dzień
na szpitalnym łóżku złota cień
i szept wiatru poza oknem - Tristanie

 


wizyta


odwiedzam to miejsce codziennie
tutaj najgęściej zlatują się duchy
- tancerka trwożnym gestem
przyciska bijące serce -

przechodząc
spotykam ścięte kwiaty
są tak piękne
że przystaję i patrzę

fontanna zgasła
trzeba spostrzegawczości
żeby zauważyć tę jedną
z wielu drobnych śmierci
drzewa natomiast rozrosły się wspaniale
o czwartej rano śpiewają - wiem

wąska nić świtu
coraz częściej bieleje w moich dwudziestu ośmiu
latach

ostatnie cztery spędziłam nad filozofią
chciałam rozwiązać zagadkę bytu
lecz to co mi pokazano
to nie było drzewo ani ciało
to były słowa słowa słowa

ludzie są śmiertelni
Sokrates jest człowiekiem
a więc Sokrates musi umrzeć

wyrok wykonany
Sokrates umarł
w żółtym wazonie opadają
kupione na rynku kwiaty

odwiedzam to miejsce codziennie
nie liczę na ułaskawienie

 


azylum


tutaj czas zakrzepł
jak krew w żyłach umarłego
bandaże z uschłych liści
owijają stężałe ciało

doskonałego snu
nie przerywa
szum gołębich skrzydeł
ani szelest fontanny

faraon w papirusach
namalowaną twarzą
pobłaża
nagłemu kwitnieniu drzewa

na nieruchomych ścięgnach
krótkie interludia
wygrywa przelatujący wiatr

poza tym cisza

 


*** odkąd ptaki odfrunęły z moich słów


odkąd ptaki odfrunęły z moich słów
i gwiazdy zgasły
nie wiem jak nazwać
strach i śmierć i miłość

przyglądam się dłoniom
bezradne
oplatają jedna drugą
i moje usta milczą

bezimienne
wyrasta nade mną niebo

i coraz bliższa
bez imienia
ziemia rozkwita

 


Wyspa na jeziorze


Ezra Pound
O Boże, o Wenus, o Merkury, patronie złodziei!
Spraw, abym we właściwym czasie posiadł sklep
z tabaką:
Małe jasne pudełka
schludnie na półkach
poustawiane.

I rozpylony zapach tureckiej machorki
i prasowany tytoń
jasny Virginia
rozsypany w oszklonych
gablotkach
I małą wagę o szalach niezbyt tłustych,
I żeby, przechodząc, prostytutki wpadały na słowo
Na błyskotliwe słówko, albo przypiąć włosy.

O Boże, o Wenus, o Merkury, patronie złodziei!
Użycz mi mały sklep z tabaką,
lub jakikolwiek daj zawód,
Byle nie tę przeklętą profesję pisarza,
który musi się ciągle z własnym
mózgiem porać.

 


Studium estetyki

Ezra Pound
Drobne dzieci w podartej odzieży
Porażone niezwykłą mądrością
Porzuciły zabawę, kiedy przechodziła,
I wrzaskiem wypełniły bruk:
Guarda! Ahi, guarda! Ch'e be'a! (* Popatrz! Ach, popatrz, jaka ona piękna!)

Lecz trzy lata później
Słyszałam młodego Dante, którego nazwiska nie znam -
Bo tam w Syrmione jest dwudziestu ośmiu młodych
Dantych
i trzydziestu czterech
Katullusów,
I było to w okresie wielkiego połowu,
I jego starsi bracia
Pakowali ryby w wielkie drewniane skrzynie
By je zawieźć na targ do Brescii, i on
Skakał dokoła zastępując im drogę,
I na próżno wzywali go: sta fermo! (* Bądź spokojny)
A kiedy mu nie pozwolili układać ryb w skrzyniach,
Rozrzucił te, które już były ułożone,
Mrucząc z zadowoleniem
Identyczne zdanie
Ch'e be'a!

I słysząc to byłem lekko zmieszany.

 


Sestina: Altaforte


Ezra Pound
I

Niech to diabli! Ten śmierdzący popołudnia spokój!
Kurewski synu, Papiols, gdzieżeś! Gdzie muzyka!
Istnieję tylko wtedy, gdy słyszę szczęk mieczy,
Bo ach, kiedy sztandarów purpura i złoto wiatrowi naprzeciw
I poniżej nich pole obleczone w szkarłat
Wyje moje serce obłąkane z radości!

II

W upalne lato szaleję z radości,
Kiedy burza uśmierca ziemi gnuśny spokój
I czarne niebo smaga błyskawicy szkarłat
I dziki żywioł pełen ryczącej muzyki
I obłąkane chmury wiatrowi naprzeciw
I w wydrążonym niebie szczęk mieczy.

III

Spraw, o piekło, bym wkrótce usłyszał szczęk mieczy
I ostre rżenie koni tańczących z radości!
Pierś okuta w żelazo piersi okutej naprzeciw!
Lepsza godzina walki niż przez wieki spokój!
Tłusty w jadło, w napoje, w dźwięk łagodnej muzyki,
Bo gdzież wino czerwieńsze niż krwi szkarłat!

IV

I wielbię słońca wschodzącego szkarłat
I śledzę jak mrok pada pod ciosem jego mieczy
I serce moje pełne szalonej radości
I suche moje usta od prędkiej muzyki,
Tak chwalę go, gdy niszczy nieba gnuśny spokój
Jedno tylko ciemności ogromnej naprzeciw!


V

W tym kto tchórzem podszyty, kto stoi naprzeciw
Mej pieśni męskiej, nie płynie krwi szkarłat,
Lecz serce jego drąży czerw - niewieści spokój,
Obce mu męstwo zbrojnych i szczęk ostrych mieczy!
Widząc śmierć takich zgniłków szaleję z radości,
Ach, i pełne powietrze mej dzikiej muzyki!

VI

Papiols! Papiols! Muzyki!
Nie masz dźwięku jak gdy miecz mieczowi naprzeciw!
Nie masz krzyku jak krzyk radości,
Kiedy ręce po łokcie zanurzone w szkarłat,
Gdy giną "Leopardy" na ostrzach naszych mieczy!
Niech Bóg potępi wszystkich, którzy skomlą "Spokój"!

VII

I niech się miecze obloką w krwi szkarłat!
Niech da piekło, bym wkrótce usłyszał szczęk mieczy!
Niechaj piekło pochłonie na zawsze myśl "Spokój"!

 


Canto XIII


Ezra Pound
Kung przechadzał się
przed świątynią dynastii
I w gaju cedrowym
i potem nad niską rzeką,
I był z nim Khieu Tchi
i Tian mówiący cicho
I powiedział Kung "jesteśmy nieznani.
Będziecie powozić -
wtedy staniecie się sławni.
Czy może ja mam powozić lub strzelać z łuku,
Czy mam przemawiać publicznie?"
I powiedział Tseu-lou "mógłbym zaprowadzić
porządek".
I powiedział Khieu "gdybym był władcą prowincji
Zaprowadziłbym lepszy porządek niż jest".
I powiedział Tchi "wolałbym małą świątynię w górach
I kościelny obrządek
z zachowaniem zwykłego
rytuału".
I powiedział Tian z ręką na strunach lutni,
Która dźwięczała jeszcze
chociaż odjął rękę
I dźwięk jak dym unosił się nad liście,
Gdy on wiódł za nim oczyma,
"zagłębienie w rzece
I chłopcy odbijający się piętami od deski,
Albo w zaroślach grający na mandolinach".
I wszystkim jednakowo Kung
odpowiedział uśmiechem.
I Thsen-sie chciał się dowiedzieć,
który z nich dał dobrą odpowiedź.
I powiedział Kung "wszyscy odpowiedzieli dobrze,
To znaczy każdy wedle swej natury".
I Kung wskazał trzcinową laską Yuan Janga
swego starszego brata,
Który siedział przy drodze udając,
że spływa nań mądrość.
I powiedział Kung
"odejdź stąd, stary głupcze,
Wstań i zajmij się czymś pożytecznym".
I powiedział Kung
"Szanujmy zdolności dziecka
Od momentu gdy wdycha czyste powietrze,
Ale człowiek pięćdziesięcioletni, który nie wie nic,
niewart jest szacunku".
I "kiedy książę zgromadzi wokół siebie
Wszystkich mędrców i artystów, dobrze używa
swych bogactw".
I powiedział Kung, i zapisał na bambusowym liściu
"jeśli człowiek nie znajdzie
porządku w sobie
Nie będzie mógł uczynić porządku wokół siebie;
I jeśli człowiek nie znajdzie porządku w sobie
Jego rodzina nie będzie przestrzegać porządku;
i jeśli książę nie znajdzie porządku
w sobie
Nie będzie porządku w jego włościach".
I Kung wymówił słowa "porządek"
I "braterskie poszanowanie"
I nie powiedział nic o "życiu po śmierci".
I powiedział
"każdy może przebrać miarę;
Łatwo jest strzelić i trafić obok celu,
Trudno jest trwale stać w środku".
I zapytali "jeśli człowiek popełni morderstwo,
czy jego ojciec powinien go ukryć
i chronić?"
I powiedział Kung
"powinien go ukryć".
I oddał Kung swoją córkę Kong-Tchangowi,
chociaż Kong-Tchang był
w więzieniu;
I oddał swoją siostrzenicę Nan-Youngowi,
chociaż Nan-Young był bez pracy.
I powiedział Kung "Wan rządził z umiarem,
za jego czasów dobrze było
w państwie
I nawet ja pamiętam
Dzień, w którym historycy zostawili w pismach
białe karty,
Bo nie wiedzieli, czy się coś dzieje,
A czas zdawał się upływać".
I powiedział Kung "bez charakteru
nie będziesz mógł grać na tym
instrumencie
Ani ułożyć melodii odpowiedniej dla pieśni;
Kwiat morelowego drzewa
wiatr unosi ze wschodu na
zachód
A ja próbuję uchronić go przed upadkiem".

 


Katarynka


Jacques Prevert
Gram na pianinie
pierwszy rzekł
a ja na skrzypcach
drugi rzekł
a ja na banjo a ja na harfie
a ja grzechotką dzwonię
ja na trąbie... ja na flecie
a ja na harmonii.
I gadali gadali gadali gadali
o tym na czym grali
aż nie słychać było wcale muzyki
bo gadali gadali
gadali
i grać przestali
i tylko w kąciku
pewien człowiek milczał cały czas
i spytali: "A pan na czym gra?"
"Ja katarynką potrafię kręcić
a także w noże grywam chętnie"
powiedział człowiek który ani raz
nie odezwał się cały czas
a potem skoczył na muzyków z nożem
i trupem wszystkich położył
i katarynką zaczął kręcić
i dźwięk się rozległ taki piękny
tak żywy i tak prawdziwy
że wnuczka gospodarza która znudzona spała
pod pianinem obudziła się
i powiedziała:

"Gram w serso i w chowanego
gram w klasy i w gonionego
bawię się kubłem i łopatą
bawię się w mamę i tatę
bawię się moimi lalkami
bawię się parasolkami
bawię się z siostrą i bratem
w złodzieja którego łapią
gram w kulkę schowaną w dłoni
lecz tym zabawom koniec koniec
chcę się bawić w mordercę
chcę grać na katarynce!"
I człowiek wziął dziewczynkę za rękę
I poszli razem do miast wspaniałych
do domów i do ogrodów
i gdzie tylko mogli ludzi zabijali
po czym się pobrali
i mieli wielu synów
Ale
najstarszy na pianinie grał
drugi na skrzypcach
trzeci na harfie
czwarty grzechotką dzwonił
piąty na wiolonczeli
a szósty na harmonii.
A potem gadali gadali gadali gadali
gadali
aż nie było słychać żadnego muzycznego wątku
i wszystko trzeba było zacząć od początku.

 


Kajetan Ković - Romanca


Będziesz morzem, a ja będę masztem
białej nocy
i miłością pierwszego wieczoru.

Czułym piaskiem będę dla twych zabaw,
uchem między wodorostami pamięci,
morzem,
muszlą będę dla twych słów i dla ciszy,
ptakiem będę odkrzykującym ci z dali,
morzem,
ciepłym wiatrem dla twego oddania,
modrym kwiatem dla dotyku dłoni.

Będziesz morzem, a ja będę masztem
białej nocy
i miłością każdego wieczoru.

Głodem będę twoich ust spragnionych,
ziarnem wody dla twego pragnienia,
morzem,
tętnem będę na twej białej szyi,
kwiatem na ramionach,
morzem,
raną będę i krzykiem twojej rany
sięgającym ostrych zimnych gwiazd.
A potem

będę morzem, a ty będziesz masztem
czarnej nocy
i miłością ostatniego wieczoru.

 


Dane Zajc - Wielki czarny byk


Wielki czarny byk ryczy o świcie.
Kogo wołasz wielki czarny byku?
Puste pastwiska.
Puste góry.
Puste kotliny.
Puste jak odgłos twego ryku.

Wielki czarny byk ryczy o świcie.
Jakby krew tryskała pod wierzchołki sosen.
Czarna skrzepła krew.
Jakby czerwieniało nad lasem
krwawe oko byka.
Kogo wołasz wielki czarny byku?
Czyżbyś tylko nasłuchiwał
odpowiedzi echa
przynoszącego twój głos?

Wielki czarny byku - wstaje dzień.
Twój ryk zapada w kotlinę
jak zmęczone stado wron.
Nikt nie słyszy twego ryku.
Nikt nie pije czarnej krwi
twego ryku.
Zamilcz wielki czarny byku.
Wielki czarny byk ryczy o świcie.
Na wschodzie słońce ostrzy
błyszczący rzeźnicki topór.

 


Sasa Vegri alias Bina Vodopivec - *** Jeszcze wyrastam


Jeszcze wyrastam
z zielonych bioder ziemi.
Jeszcze rozumiem mowę
koni i krów
i rąk,
które najprościej
mówią mi o swej niezmierzonej mocy.
Nie potrafiły mnie uwięzić
ulice, które kocham
za ich biedną uległość.
Śmiechem
słonecznych dni oddycham,
znużeniem pochmurnego nieba,
całym bogactwem
zwątpień, nienawiści i miłości.
Mówię
słowami mojego ludu,
któremu obca bojaźń,
i który wierzy
w modlitwę i przekleństwo
tak samo
jak w swoje tłuste stada.

 


Joźe Udović - Ballada


Len nieba
rozpięty
na drewnianym kozolcu.

Mrok siada na dachu,
mróz przywiera
do skrzyżowanych bali.

Z kałuży
chłepcze wodę
spragniony sierp księżyca.

Na lewo
pole kretów,
na prawo
pole wron.

Popatrz na drzewo -
pośród gałęzi
kołysze wiatr wisielca
wstający biały dzień.

 


Joźe Udović - Malowany ul


Wieki ukryte w drzewie
pobrużdżonym jak czoło starca
śnią o zapachach lipowych,
o psalmach wieczornych pszczół.

Długo prószyło słońce
szarym pyłem na barwy.

Zimy pobieliły
twarz myśliwego
i skrzydła pszczele zatarły
księgę niedźwiedzia.

U góry gaśnie pamięć
dawnego nieba,
odfrunęły zeń ptaki,
poniżej czas rozorał
spróchniałe drzewo
w brunatne skiby ziemi.

Myśl polatuje
jak pszczoła
ponad starym sytnym zapachem
i nad zielonym krzakiem piołunu.

 

 

 
© 2014 http://www.koniczynka.art.pl/
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.
 
Professionelle Joomla Templates - kostenlos